czwartek, 29 stycznia 2015

Szybko czy wolno?

Cześć!

            Ostatnio naszła mnie taka refleksja, o której rozmawiałem także na treningu z Danielem. Mianowicie ostatnio bardzo systematycznie zwiększałem prędkość przebieganych na treningu kilometrów. W tym momencie bieganie wybiegania na granicy 4:00/km nie stanowią już dla mnie wyzwania. Ogólnie rzecz ujmując mój trening znacząco zmienił się w porównaniu do lat poprzednich i zmianę tę poczytuję na wielki plus. Przede wszystkim zmiana polegała na koncentracji na jakości, kosztem nadmiernych, "pustych" kilometrów. Efekt jest taki, że ostatni raz tak dobrze biegało mi się jakoś w 2007 roku, co w bieganiu jest wiecznością... Przede wszystkim czuję, że mój bieg jest obecnie bardziej lekki i sprężysty. I tutaj właśnie pojawia się kwestia którą chciałbym poruszyć - szybkie bieganie, czy spokojne "klepanie" kilometrów?

            Obie teorie mają swoich zwolenników i przeciwników, ja jednak postaram się w miarę moich (skromnych) możliwości, przedstawić argumenty za i przeciw szybkiemu bieganiu na rozbieganiach.

            Do niewątpliwych plusów szybkiego biegania jest skrócenie czasu trwania treningu. Nie jest odkryciem, że kontuzje biegowe są to w znakomitej większości kontuzje przeciążeniowe. Jednym słowem - im dłużej trwa trening, nawet na niskiej intensywności, wydłuża się czas pracy mięśni i ścięgien, tak więc ryzyko kontuzji wzrasta. Ponadto, podczas wolnego biegania inaczej wyprowadza się krok, niż w przypadku swobodnego i szybkiego biegu. Ostatnio zauważyłem, że dla mnie bieganie w okolicach tych 4:00/km i szybciej wymaga już kroku zbliżonego technicznie do kroku startowego. Podczas wolnego truchtu, nie ma mowy np. o poprawnym wyprowadzeniu nogi przed siebie, bo zwyczajnie nie jest to potrzebne. Dzięki szybszym wybieganiom, aparat ruchu oraz układ nerwowy przystosuje się utrzymania prawidłowej sylwetki podczas biegu, co ma bezpośrednie przełożenie na technikę biegu podczas startów.

            Oczywiście szybkie bieganie ma również swoje mankamenty. Z pewnością wymaga ono bardzo dobrego przygotowania motorycznego. Bez tego bieganie szybkich rozbiegań może skończyć się co najmniej na nakładaniu się zmęczenia kolejnymi treningami, a w najgorszym razie na kontuzji. Warto więc podejść do sprawy z głową. Podejmując próbę "przyspieszenia" trzeba w pierwszej kolejności zmienić nastawienie do treningu, przez co rozumiem zmianę z ilości - w jakość. Koniecznym jest więc, przynajmniej na początku,  zmniejszenie liczby przebieganych kilometrów, a czas który wcześniej zajmowało bieganie warto - a nawet trzeba - poświęcić na zwiększenie siły i elastyczności aparatu ruchu - niestety wielu biegaczy tego nie lubi (ja również!), ale tylko dzięki temu, będzie możliwa poprawa jakościowa. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że warto stopniowo wprowadzać się na wyższe prędkości, np. zaczynając od 1 treningu w tygodniu, aby w sposób łagodny i płynny wskoczyć na wyższy poziom, a w między czasie wzmacniać się wykonując dużo sprawności.

Ostatnie wybieganie, czyli krótko i na temat. 
            Jeżeli o mnie chodzi, to muszę się przyznać, że taka zmiana podziała na mnie bardzo dobrze. Przede wszystkim treningi stały się mniej nużące, a które wcześniej czasem mi się dłużyły. Dzięki temu o wiele przyjemniej wychodzi się na bieganie. Mam też wrażenie, że jestem bardziej zmobilizowany na treningach, a samo bieganie sprawia więcej radości. Lepsze samopoczucie z kolei przekłada się na lepszą gotowość do wykonania cięższych akcentów. Co ciekawe, nie licząc zakwasów (po sprawności) i bolących nogach po cięższej jednostce, nie odczuwam negatywnych skutków np. szybkiej dwudziestki w następnym dniu. Wcześniej, po dłuższym bieganiu, nogi były bardziej "tępe", ciężko było mi następnego dnia się rozpędzić. Teraz w zasadzie problem zniknął. Odpukać, w chwili obecnej nie narzekam na kontuzje, które jeszcze do niedawna stosunkowo często i w miarę regularnie się u mnie pojawiały.

            Jak zmiana filozofii do treningu przełoży się na wyniki - to się okaże, ale póki co jestem spokojny, że ten sezon będzie udany. Na chwilę obecną jednak mogę śmiało powiedzieć, że taki trening sprawia wiele satysfakcji i przyjemności.


            

wtorek, 20 stycznia 2015

IV bieg z cyklu City Trail Trójmiasto

Cześć!

            W pierwszej kolejności zacznę od krótkiego raportu z przebiegu przygotowań do biegowego sezonu w 2015 roku. Ostatnio trochę wziąłem się za siebie, to znaczy że już od dawna nie opuściłem żadnej sesji treningowej, co bardzo mnie cieszy. Cieszy także fakt, że zdrowie dopisuje, nic mnie nie boli, więc na treningu mogę skupić się tylko na zaplanowanych jednostkach, a nie myśleć o bólu. Choć, jakby się dobrze zastanowić, to w sumie ostatnio ból towarzyszy mi na okrągło, ale wynika to na szczęście z mocnych treningów, a nie kontuzji.

            W ostatnim czasie na treningach wykonuje dużo siły i sprawności. Dzięki temu, mimo dużego zmęczenia czuję w nogach moc, a takie uczucie chyba po raz ostatni towarzyszyło mi jakieś 7 lat temu, czyli wtedy, gdy trenowałem pod okiem Trenera na studiach i biegałem biegi średnie. Na samych treningach zwracam także uwagę na poprawę techniki biegu. Zauważyłem, że tak naprawdę do tej pory strasznie skracałem krok, bo pierwsza jego faza nie była u mnie aktywna (chodzi o wyrzucenie podudzia do przodu). Muszę przyznać, że już 7 lat temu miałem z tym problem, ale wtedy udało mi się to poprawić, teraz problem powrócił. Nie ma co ukrywać, że nie da się poprawnie biegać technicznie, kiedy w nogach nie ma siły. W chwili obecnej czuję jednak tę moc, która pozwala mi przez dłuższy czas aktywnie atakować podłoże, co bezpośrednio przekłada się na wydłużenie kroku, a sam bieg wydaje się jakby lżejszy. Nie da się jednak ukryć, że w tej materii jeszcze wiele pracy przede mną.

            W międzyczasie miał nadejść miły przerywnik w treningach, czyli start w cyklu City Trial Trójmiasto. Ostatnio, przed sylwestrem, musiałem na biegu w Gdańsku uznać wyższość Michała Rolbieckiego. W tamtym czasie dużo się u mnie działo, nie mogłem więc spokojnie skupić się na starcie, a zresztą wtedy jakoś mało trenowałem, co przełożyło się na dyspozycję startową. Ci co mnie znają wiedzą jak bardzo nie lubię przegrywać (a jak bardzo wygrywać), więc postanowiłem postarać się przy kolejnej okazji odnieść zwycięstwo. Jeszcze w sobotę, czyli dzień przed biegiem wszystko było ok., tak forma, jak i nastawienie psychiczne. Niestety tego samego dnia musiałem się czymś zatruć, bo w nocy z soboty na niedzielę strasznie chorowałem i bardzo się odwodniłem. Kiedy w okolicach 3 rano ponownie kładłem się do łóżka, wstrząsany dreszczami przestawiłem budzik na późniejszą godzinę, bo stwierdziłem że nie pojadę na zawody. Budzik ustawiłem tylko dlatego, że obiecałem po drodze na zawody zabrać także Maćka, więc chciałem go tylko poinformować, że musi pojechać sam. Jednak kiedy znowu się obudziłem, już o 6, poczułem, że nie mam już dreszczy, a żołądek jakby mniej boli, pomyślałem wtedy więc, że może jednak spróbuje pobiec? Wstałem, zjadłem banana, wypiłem duży kubek napoju ALE, przestawiłem budzik na wcześniejszą godzinę i znowu położyłem się spać. Po obudzeniu zjadłem lekkie śniadanie i znowu sięgnąłem po sporą porcję ALE (musiałem się trochę nawodnić przed biegiem). Stwierdziłem, że zobaczę na rozgrzewce, czy nie będę czuł się słabo i wtedy ostatecznie zadecyduje co zrobić.
           
            Postanowiłem, że przed biegiem nie będę się chwalił moimi problemami chłopakom. Taka informacja mogłaby na nich podziałać mobilizująco... Na starcie stanęli między innymi: Michał Rolbiecki (z którym przegrałem ostatnio), Daniel Chuchała (z którym trenuję), Łukasz Gurfinkiel (zwycięzca poprzedniej edycji), a także Michał Czapiński, czy chociażby Paweł Borawski. Pierwotnie, ze względu na mój stan zdrowia, planowałem że będę się czaił do samego końca i wtedy ewentualnie (jak będę miał siły) to zaatakuje. Jednak już po starcie zmieniłem zdanie. Pomyślałem sobie - co mi tam, najwyżej padnę gdzieś po drodze. Pierwsze 2 km poprowadziłem mocno, został ze mną sam Michał Rolbiecki, który już na podbiegu dał mi zmianę. Wtedy pomyślałem, że to już jest mój koniec. Na szczęście Michał nie poszedł za mocno, więc udało mi się utrzymać kontakt. Tutaj mała dygresja. Podstawowa zasada biegacza - możesz dać się wyprzedzić, ale nie możesz pozwolić, żeby rywal Ci odbiegł. Działając w myśl tej zasady, nie dałem Michałowi wypracować dużej przewagi na podbiegu, którą zaraz skasowałem na wypłaszczeniu. Potem trasa wije się krętą ścieżką w dół i mimo, że Michał zbiega dużo lepiej niż ja, nie dałem mu uciec. Mimo że czułem się fatalnie (osłabienie zatruciem dawało się mocno we znaki), z całych sił walczyłem, żeby nie stracić kontaktu z rywalem. Wtedy już postanowiłem, że nie będę kombinował, i jeżeli będę miał szansę, zaatakuje dopiero na samym końcu biegu. Teraz sobie myślę, że gdyby Michał spróbowałby mocniej depnąć na ostatnim podbiegu, z pewnością zostawiłby mnie z tyłu, na szczęście także on postanowił poczekać. Na wypłaszczeniach kilkukrotnie starał się mnie "urwać" ale to się nie udało. Najlepsza zabawa pozostała dopiero na ostatnie 60 - 70 metrów. W tym miejscu jest niewielkie wzniesienie, gdzie Michał postanowił się rozpędzić. Wtedy zaczynałem już widzieć jego plecy, ale bardzo chciałem wygrać, więc nie dawałem za wygraną. Odpowiedziałem i wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu zrównaliśmy się ze sobą. Wtedy Michał jeszcze raz próbował mnie zgubić, znowu lekko odskoczył, ale mimo złego samopoczucia miałem jeszcze troszkę siły, aby ponownie zaatakować. Tym razem, a działo się to na około 5/10 metrów przed metą wyszedłem na prowadzenie. Na metę wpadłem jako pierwszy, ale wycieńczony padłem na ziemię, z której nie mogłem podnieść się przez dłuższą chwilę. Sukces w tym biegu okupiłem wielkim zmęczeniem, ale satysfakcja była ogromna. Na marginesie muszę wspomnieć, że nasz finisz był podobno najbardziej spektakularnym zakończeniem biegu we wszystkich dotychczasowych edycjach tej imprezy - fajnie! Dla mnie jednak, takie końcówki, to kiedyś była codzienność, bo na 800 i 1500 m bardzo często decydowały setne sekundy - na MP juniorów w Bydgoszczy w 2004 roku, na dystansie 800 m, w 0,05 sekundy zmieściło się z tego co pamiętam 4 zawodników! Jednakże faktycznie na przełajach taka sytuacja nie zdarza się zbyt często. Dzięki walce o zwycięstwo z Michałem praktycznie na całym dystansie udało się także zrobić nowy rekord trasy. Jednakże po powrocie z zawodów, gdy kurz pobitewny już opadł, byłem tak zmęczony, że położyłem się spać i nie mogłem się obudzić przez kilka godzin. Cóż, warto było!

            Kolejne plany startowe przewidują bieganie na zawodach halowych. Zobaczymy co z tego będzie, na pewno jest okazja żeby dać nogom porządny wycisk i sprawdzić, ile pozostało z dawnej szybkości, no i pierwszy raz przetestować jak biega się na okrągłej bieżni w Toruniu, która pamięta ubiegłoroczne Halowe Mistrzostwa Świata.


środa, 7 stycznia 2015

Trening mentalny

Cześć!

            Dzisiejszy wpis poświęcony będzie sferze mentalnej. Warto już na wstępie zauważyć, iż bieganie, jak wszystkie aktywności których się podejmujemy (nie tylko fizyczne) mają wpływ na naszą postawę i psychikę w przyszłości. Wydarzenia, których doświadczamy, pozwalają stać się bardziej świadomymi ludźmi, bogatszymi w wiedzę o życiu, co przydaje się w pokonywaniu przeszkód, które przed nami stoją.

            Chyba każdy miał kiedyś taką sytuację - wyścig, w pewnym momencie nogi zaczynają boleć, odmawiają posłuszeństwa, dodatkowo wyprzedza nas inny biegacz. W tym momencie krótka myśl "nie dam rady!" i wtedy nagle następuje znaczne zwolnienie tempa... Uczucie fatalne, często prowadzące do rezygnacji z podejmowania dalszej rywalizacji (zejście z trasy), ale spokojnie - psychikę także da się wytrenować!

            W pierwszej kolejności trzeba podkreślić - trening mentalny zaczyna się już w momencie wyjścia na trening. Ja pracuję zawodowo i mam jeszcze sporo innych obowiązków i zmartwień, ale właśnie kiedy nie chce się iść na trening, a ostatecznie się uda, to już jest małe zwycięstwo. Jak wspomniałem wyżej, trening mentalny biegacza polega na utrzymaniu stałej koncentracji na długoterminowym celu (np. start w maratonie lub impreza mistrzowska), co wymaga budowania odpowiedniego nastawienia do zaplanowanych zajęć. Czasem wystarczy przetrwać dzień lub dwa kryzysu, aby poczuć niesamowitą wewnętrzną siłę, która w ostatecznym rozrachunku pozwala osiągnąć uprawniony cel.

            Druga rzecz - każdy potrafi osiągnąć znakomity rezultat, kiedy wszystko idzie ok. Jednakże mentalność zwycięzcy polega na podejmowaniu walki właśnie wtedy, kiedy nie idzie, dzieje się coś nie tak - umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu jest cechą charakterystyczną wielkich mistrzów. Tutaj za przykład niech posłuży mój idol - Michael Jordan i słynne "flu game". Jordan podczas finału w 1997 roku grał z grypą, mimo to zdobył 38 punktów zapewniając Bull'som zwycięstwo nad Utah Jazz. Ostatecznie w tamtym roku Chicago sięgnęło po tytuł mistrzów NBA. W odniesieniu do własnych doświadczeń, to zapadnie mi w pamięci także bieg Niepodległości w Gdyni tego roku - strasznie w czasie niego się wycierpiałem, przegrałem finisz z Danielem, a sam rezultat nie był jakiś powalający, jednakże biorąc pod uwagę moją dyspozycję w tamtym czasie, byłem z siebie bardzo zadowolony, bo mimo wielkich problemów, udało się dopiec uciekającą mi kilkukrotnie grupą aż do finiszu. Nie osiągnąłem wtedy może swojego celu, ale od tego momentu uwierzyłem, że mogę walczyć i dawać siebie wszystko. To dało mi wielką pewność siebie, która nie opuściła mnie aż do Przełajowych Mistrzostw Polski w Krakowie. Efekt? 5 miejsce i życiowy sukces, który moim zdaniem byłby niemożliwy, gdyby nie ten bieg w Gdyni, który pomógł mi się mentalnie zbudować.

"Mogę zaakceptować porażkę, każdy je ponosi, ale nie mogę zaakceptować nie podjęcia próby" - Michael Jordan (tłumaczenie moje)
            Po trzecie - każdy mocny trening, a w szczególności (dla mnie) trening wytrzymałości specjalnej jest również doskonałą okazją do trenowania mocnej psychiki. Nie raz już spotkałem się z teoriami, że da się trenować w sposób umiarkowany, bez "podjeżdżania się" na treningach, jednakże uważam, że od czasu do czasu warto podkręcić nieco śruby. Dzięki temu, organizm jest gotowy aby wytrzymać o wiele większe obciążenia na starcie. Całą sztuką jest przekonanie własnego ciała, że obciążenia jakie się go poddaje podczas zawodów są bezpieczne dla zdrowia. Niestety nie da się tego osiągnąć, nie zbliżając się do bariery własnych możliwości na treningach. Tutaj za przykład niech posłuży maksyma biegaczy z Kenii: "train hard, win easy" - czyli trenuj ciężko, aby potem łatwo odnosić zwycięstwa. Niewątpliwie jest w tym wiele racji. Sam swoje najlepsze biegi i rekordy wspominam jako biegi relatywnie łatwe. Natomiast biegi w których bardzo cierpiałem były zazwyczaj tymi najgorszymi. Niewątpliwie miało na to wpływ również moje nastawienie - kiedy dobrze trenuję i widzę, że noga się kręci, od razu do zawodów podchodzę z dużym spokojem i pewnością, natomiast zawsze najwięcej stresów kosztują mnie starty, kiedy jestem bardzo słabo przygotowany.
            Reasumując, warto pamiętać, że podczas treningu biegowego, wytrenowaniu podlegają nie tylko parametry motoryczne, ale także psychika. Może więc odpuszczenie sobie ostatniego odcinka na treningu nie jest wcale takim dobrym pomysłem...? Cierpienie jest na stałe wpisane w tę dyscyplinę, warto o tym pamiętać i zaakceptować taki stan rzeczy, podobnie jak satysfakcja z pokonania własnych słabości.

           

           

czwartek, 1 stycznia 2015

Grudniowe retrospekcje

Cześć!

            Ostatni miesiąc to ciągła absencja na blogu, spowodowana zarówno sprawami zawodowymi, jak i osobistymi. Jako amator, często muszę zmierzyć się z problemem braku czasu i odpowiedniego ustawienia priorytetów. Niestety blog schodzi u mnie na dalszy plan, kiedy mam do wyboru pisanie kolejnego wpisu czy odpoczynek po zaganianym dniu, wybieram odpoczynek... Tak to już jest, mam jednak nadzieję, że nowy 2015 rok przyniesie pozytywne zmiany, w tym także większy zapał do tworzenia nowych postów. Tematów z pewnością nie brakuje, a to już połowa sukcesu.

            W międzyczasie, to jest tuż po Przełajowych Mistrzostwach Polski w Krakowie przeziębiłem się, co spowodowało przerwę w treningach. Tutaj muszę napomknąć, że nie miałem żadnego roztrenowania, tylko spokojnie zaczęliśmy przygotowania do nowego sezonu. Kilka dni przerwy spowodowały, że ominęło mnie kilka ciężkich jednostek treningowych, wiec przez kolejny tydzień miałem duże problemy z wytrzymaniem zaaplikowanych obciążeń. Forma, którą miałem na Mistrzostwach Polski już dawno odeszła w niepamięć, trzeba budować wszystko od nowa. Obecnie, jak to zwykle bywa w tym czasie, mamy zadane dużo siły i wytrzymałości tlenowej, jednak codziennie jest jakiś element na treningu, na którym można się porządnie zmęczyć.

            Na 28 grudnia przypadał także mój ostatni bieg w tym roku, czyli GP City Trail w Gdańsku. Nie byłem chyba do niego optymalnie przygotowany, a po drugie całkiem mocno trenuje, więc nie spodziewałem się fajerwerków. Na starcie stanęli min. Daniel Formela, Michał Rolbiecki, Michał Czapiński oraz Łukasz Gurfinkiel. Tego dnia pierwszy raz sypnęło trochę śniegiem (na szczęście nie dużo), więc trasa była trochę śliska - bez kolców ani rusz. Przez cały dystans na prowadzeniu zmieniałem się z Michałem Rolbieckim, reszta zawodników biegła niedaleko z tyłu. Niestety tego dnia okazało się bardzo boleśnie, że moje inklinacje do szybkich finiszów nie zawsze się sprawdzają, w szczególności kiedy forma nie dopisuje. Na ostatnich 300 m po początkowym moim ataku, Michał odpowiedział mi tym samym i skutecznie finiszował na 1 miejscu z przewagą nade mną ok. 3 sek. Na dalszych pozycjach przybiegli odpowiednio - Michał Czapiński, Daniel Formela i Łukasz Gurfinkiel. Bieg mogę zaliczyć chyba do gorszych w tym roku - kompletny brak reakcji na wydarzenia podczas biegu, nie wykorzystałem szans na urwanie się w kluczowych momentach, ale być może jest tak, że jak jest się słaby, to i trudno jest wykorzystać atuty, którymi się dysponuje...

            Nowy rok przynosi jednak nowe możliwości. Bieganie nauczyło mnie, że sukces można osiągnąć tylko dając z siebie maksimum, zresztą podobnie jest w życiu zawodowym czy osobistym. Tak więc życzę wszystkim, aby nie zabrakło zaangażowania w podążaniu do celu, a sukcesy przyjdą same!


            

sobota, 29 listopada 2014

Ostatnie szlify i start w Mistrzostwach Polski w przełajach

Cześć!

            Ostatni tydzień przed Mistrzostwami Polski w biegach przełajowych mieliśmy zaplanowany strat kontrolny na 5 km w City Trial Trójmiasto, a także jeden pobudzający akcent na treningu.

            W zeszłą niedzielę stawiłem się w Gdyni na nowej trasie w ramach w/w cyklu. Poprzednia okazała się chyba zbyt wymagająca, ponieważ obfitowała w sporą liczbę mocnych i długich podbiegów, więc organizatorzy postawili na nową lokalizację. Obecna jest zdecydowanie szybsza, a duża liczba zbiegów pozwala na osiągania niezłych rezultatów.
            Niestety choroba pokrzyżowała plany moim dwóm rywalom - Danielowi i Łukaszowi. Ten drugi w ogóle nie pojawił się na starcie, a Daniel wprawdzie zdecydował się wystartować, ale był osłabiony od choroby. Oprócz Daniela, za głównych faworytów uchodzili także Michał Rolbiecki i Michał Czapiński. Start był bardzo spokojny, cała czołówka dała się wyszaleć zawodnikowi, który początkowo zaczął bardzo szybko, ale został dogoniony już przed 1 km. Potem na prowadzenie wyszedł Daniel i Michał Rolbiecki, którzy nadawali ton rywalizacji. Niestety na jednym z zakrętów, w okolicach połowy trasy prowadzący Michał się przewrócił. W geście fair play, cała czołowa trójka poczekała na niego, ale już przy tabliczce z 3 km wyszedłem na czoło grupy i znowu zaczęliśmy podkręcać tempo. Potem zmianę dał znowu Michał Rolbiecki, a w tym samym czasie zaczął odpadać Daniel, odczuwający skutki przeziębienia. Pechowo jednak dla prowadzącej 3 - czyli dwóch Michałów i mnie, na rozwidleniu dróg pomyliliśmy trasę! Na szczęcie Daniel i jeden z kibiców nas zawołali, więc jeszcze mieliśmy szansę się cofnąć i spróbować gonić Daniela, który niespodziewanie wyszedł na czoło. Szczerze mówiąc trochę wtedy spanikowałem, bo z 2 miejsca spadłem na 4... Postanowiłem nie poddawać się i szybko zerwałem się do odrabiania strat. Przed ostatnim podbiegiem byłem już na 3 pozycji. Ostatni podbieg oznaczał także spore zwężenie, które bardzo utrudniało wyprzedzanie, dlatego zaczęliśmy biec gęsiego. Jednak wtedy zaczął krzyczeć Trener mobilizując nas do mocnego zrywu. Z racji tego, że wciąż miałem sporo sił, zmieniłem rytm i postanowiłem biegnąc po krzakach wyprzedzać moich rywali. Dzięki temu udało się szybko wyrobić sporą przewagę, którą dowiozłem do mety. Czas może nie był rewelacyjny, ale było trochę przygód na trasie, a mocna i szarpana końcówka i tak dała mi się we znaki. Na drugim miejscu dobiegł Michał Czapiński, trzeci był Daniel. O dziwo, Michał Rolbiecki zakończył rywalizację dopiero na piątej pozycji.

            Po dwóch dniach odpoczynku na środę mieliśmy zaplanowany mocny akcent na stadionie. Okazało się, że mocne przetarcie w kolcach na stadionie bardzo przydało się podczas Mistrzostw Polski, bowiem tam trasa była szybka i płaska, wobec tego trzeba było przygotować nogi do dużych prędkości przelotowych. Nie zmienia to faktu, że środowy trening przypłaciłem zakwaszonymi łydkami, które puściły praktycznie dopiero w dniu startu. Czułem się jednak dobrze i byłem gotowy na rywalizację w krajowym czempionacie.

            Krakowska trasa przełajów była faktycznie bardzo szybka. Prowadziła ona po parkowej łączce, znajdowało się na niej zaledwie jedno niewielkie wzniesienie, a sama trasa nie była zbyt kręta. Wiedziałem, że taki profil będzie promował szybkich biegaczy, preferujących bardziej "stadionowy" styl biegania, czyli takich jak ja. Przed biegiem przyjąłem taktykę spokojnego przesuwania się w kierunku czoła biegu, bo spodziewałem się, że początek może być szybki, a chciałem uniknąć zbędnych przepychanek, które zwykle kosztują dużo sił, których w kluczowych momentach może zabraknąć. Bieg zacząłem w połowie stawki, jednak od razu zorientowałem się, że pewnie za wolno, bo wielu biegaczy na samym starcie mnie obiegło i zablokowało mój tor biegu. Przez to na pierwszych 300 m musiałem obiegać po zewnętrznej stronie, ale dzięki temu miałem z kolei otwarte pole do spokojnego i równego przesuwania się do czoła stawki. Powoli przeskakiwałem kolejnych wywali i w połowie stawki byłem już w pierwszej dziesiątce biegu. Na 3 km wyklarowała się już sytuacja, bowiem pierwsza trójka biegaczy sporo odskoczyła, a ja byłem bardzo blisko zawodników z pozycji 4 do 7. Wtedy też zaczęło się szarpanie tempa i ława zawodników biegnących za mną zaczęła lekko puszczać. Tuż na początku ostatniego koła Trener krzyknął mi, żebym zmienił rytm biegu, co bardzo pomogło mi przetrwać kryzys na ostatnim kole. Zwykle bowiem biegam długim stadionowym krokiem, który jest skuteczny, dopóki starcza sił. Potem niestety trzeba zmienić rytm i skupić się na jak najszybszym i aktywnym stawianiu stopy na ziemi po jej wybiciu z podłoża, dzięki czemu można utrzymać dobre tempo, a często nawet i przyspieszyć. Wtedy właśnie zacząłem walkę aby utrzymać się na plecach 6 zawodnika, co nie było łatwe, bo w pewnych momentach zaczynałem tracić do niego 2 - 3 metry. Jednakże w takiej sytuacji bardzo pomocnym okazało się to niewielkie wzniesienie, gdzie odrobiłem stratę do rywali. Ostatnie 400 metrów to walka o utrzymanie pozycji, wśród okrzyków znajomych i trenerów. Wydawało mi się, że mogę mieć jeszcze siły na ostatni zryw, jednak chciałem poczekać z nim do ostatniej chwili, żeby nie popełnić "falstartu", tak jak to miało miejsce w biegu w Gdyni... Na ostatnich 80 m do linek odgradzających trasę podbiegł Trener, dając sygnał do ataku. Mocno zmobilizowany znowu ruszyłem, wykładając wszystko co mam na ostatnie metry. Szybko wyskoczyłem na 5 pozycję, goniąc 4 zawodnika w stawce, a z drugiej strony broniąc się przed atakami miniętych przed chwilą rywali. Udało się! 5 miejsce na Mistrzostwach Polski Seniorów stało się faktem. Do 4 zawodnika straciłem 1 sekundę, ale warto zauważyć, że 1 sekundę za mną przybiegł kolejny zawodnik. Jak to zwykle bywa na krótkim dystansie - bardzo ciasno. Przed biegiem cieszyłbym się z miejsca w okolicach pierwszej "10", a okazało się, że dobiegłem w czołówce... Na marginesie muszę jednak przyznać, że do medalu zabrakło jakieś 16 sekund, więc tutaj już różnica była spora... Mimo wszystko uważam, że solidnie wykonana praca z Trenerem przyniosła dobre efekty, a forma na przełaje została trafiona w punkt, bo gaz przyszedł na główną imprezę. No ale tutaj to już zasługa Trenera Szałacha, ja musiałem tylko to pobiec.

            Trzeba zauważyć, że Daniel też ładnie pozbierał się po chorobie, bo ten sam bieg ukończył na 13. pozycji, przez większą część dystansu biegnąc bardzo blisko mnie. Nasz klub - LKB Braci Petk Lębork, zajął 4 miejsce w klasyfikacji drużynowej, co w mojej ocenie jest również dużym sukcesem.


            Podsumowując, bardzo udane zawody, na sam koniec jesiennego sezonu. Teraz nie zwalniamy kroku, bo już za cztery miesiące kolejne przełajowe Mistrzostwa Polski, a wcześniej - być może również z moim udziałem - także halowe. 

niedziela, 23 listopada 2014

Gonią Europę, Gonią Świat!

Cześć!

            Dzisiejszy wpis zawiera lokowanie produktu, a właściwie akcji - Gonimy Europę, Gonimy Świat! Akcja bezprecedensowa w światku biegowym, więc bardzo jej kibicuję, tym bardziej że wszystkich członków ekipy znam osobiście.

            W skład grupy trenera Karola Nowakowskiego wchodzi: Marta Krawczyńska, żona Karola - Dominika Nowakowska, Karol Kaliś i Andrzej Rogiewicz. Jest to grupa profesjonalnych biegaczy, która osiąga bardzo dobre wyniki na bieżniach i szosach Polski i nie tylko.

            Cel akcji Gonimy Europę, Gonimy Świat! jest prosty - zebrać pieniądze na przygotowania do przyszłego sezonu biegowego. Grupa aspiruje do wypełnienia minimów na Mistrzostwa Świata Seniorów, a także Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Zadanie z pewnością nie łatwe do wykonania, tym bardziej, kiedy nie posiada się odpowiedniego zaplecza (obozy, odnowa etc.)... Akcja zarejestrowana jest pod linkiem:


            Na powyższej stronie można dokonywać wpłat i w ten sposób pozwolić grupie treningowej na dalszy rozwój sportowy. Trzeba się spieszyć, bo do zakończenia zbierania pieniędzy pozostało tylko 26 dni! Ja już swoją cegiełkę dołożyłem.

            Muszę przyznać, że z dużą z dużą uwagę śledzę losy tej akcji. Z biegami w Polsce jest generalnie słabo, brakuje pieniędzy w szczególności dla młodych seniorów, którzy mogliby dalej się rozwijać, a zwyczajnie nie mają na to środków. Być może okaże się, że rozwiązanie zaproponowane w akcji Gonimy Europę, Gonimy Świat! przyjmie się w Polsce i stanie się katalizatorem do rozwoju dyscypliny? Na tę chwilę można jednak z całą pewnością powiedzieć, że jest to ciekawa alternatywa poszukiwania pieniędzy na rozwój sportowy - w tej akcji każdy może być sponsorem!

Poniżej także profil na facebooku, gdzie można śledzić postępy biegaczy:


środa, 12 listopada 2014

Ciężki bój w Biegu Niepodległości

Cześć!

            Wczoraj przypadał ostatni start na szosie w tym roku dla mnie, czyli Bieg Niepodległości w Gdyni. Biegi z cyklu GP Gdyni w Biegach Ulicznych cieszą się dużą renomą wśród zawodników czołówki Pomorza, jak i całej Polski, stąd na linii startu można zobaczyć wielu czołowych długodystansowców z naszego kraju. Tym razem również ekipa dopisała, więc można było liczyć na dobre wyniki i ciekawą rywalizację.
 
Przed startem (fot. Dorota Żaczek)
            Przed biegiem przyjąłem taktykę, aby pobiec spokojnie pierwsze 5 km, a potem jak będzie dobrze, mocno docisnąć. Wprawdzie nie biegałem żadnego treningu tempowego typowo pod 10 km, bo głównym celem na listopad jest start w Przełajowych Mistrzostwach Polski, ale w ostatnich tygodniach załadowaliśmy sporo siły i pobiegaliśmy po górkach, więc przed startem byłem względnie spokojny.

            Po wystrzale z "Błyskawicy" spokojnie wyczekałem na zawodników, z którymi mógłbym się załapać do grupy. Mój ostrożny start był zresztą ułatwiony, bo jak zwykle stałem w 2 linii - zawsze mnie zastanawia, po co dużo gorsi zawodnicy pchają się do pierwszej linii. Najpoważniejsze błędy popełnia się w pierwszych 3 - 5 minutach biegu, kiedy organizm jest jeszcze wypoczęty - tutaj łatwo o "ułańską fantazję", a tak naważone piwo przychodzi przełykać przez kilka ostatnich kilometrów biegu. Jednakże nikt nie zabroni nikomu poczuć, jak boli za szybkie otwarcie na 10 km, a boli i to bardzo.
 
Cała czwórka z którą wbiegałem na metę.
            Muszę jednak przyznać, że pomimo spokojnego początku, nogi mnie jakoś nie niosły, tym bardziej starałem się spokojnie, równym rytmem prowadzić swój bieg. Na 2 km udało się załapać do grupy z Danielem, Łukaszem, Michałem Czapińskim i Przemkiem Rulińskim. W takiej grupce biegliśmy przez jakiś czas, w bezpiecznej odległości za grupą z Karolem Kalisiem, Danielem Formelą i Łukaszem Oskierko. W tym czasie minęliśmy pierwszy podbieg, przy Janka Wiśniewskiego. Mimo ciężkich nóg, pokonałem go całkiem sprawnie. Nie czułem się tego dnia jednak zbyt dobrze, więc starałem się chować trzymając ogon i pilnując się, aby nie stracić kontaktu z grupą. Kolejny podbieg w okolicach 5 km nie był już dla mnie zbyt łatwy, odzyskałem kontakt z chłopakami dopiero u samego szczytu, na granicy wyznaczającej półmetek dystansu. Na zbiegu, który rozpoczynał się tuż za podbiegiem, wyszedłem przed grupę, dając sygnał, żeby podkręcić tempo. Sam nie wiem, dlaczego wtedy wyszedłem, bo już wcześniej miałem problemy z utrzymaniem tempa. Chyba chciałem sam siebie podbudować, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. W międzyczasie zaczęliśmy się zbliżać do w/w zawodników biegnących wciąż przed nami. Efekt był taki (wtedy już prowadził Daniel), że tuż u podnóża ul. Świętojańskiej, Łukasz, Daniel i ja, minęliśmy odpowiednio Karola Kalisia, Daniela Formelę i doszliśmy do Łukasza Oskierko. Jak nie trudno było się mi domyślić (w końcu trenujemy razem), Daniel wtedy właśnie ruszył, podkręcając tempo już na samym początku długiego podbiegu na Świętojańskiej. Po tym ataku zostałem na jakieś 10 m, ale zdawało mi się też, że Łukasz Oskierko zaczyna lekko puszczać. Jednakże doskonale zdawałem sobie sprawę, że jeśli teraz puszczę chłopaków, to będzie już dla mnie koniec zawodów. Zauważyłem, że chłopaki znowu zebrali się w grupę, zmusiłem się więc do jeszcze większego wysiłku i dzięki temu u szczytu podbiegu dołączyłem do biegnącej przede mną grupy. Przyznam, że obawiałem się, że wtedy chłopaki mocno ruszą w dół, na szczęście dla mnie tak się jednak nie stało - dzięki temu miałem choć chwilę na złapanie oddechu, przed ciężkim fragmentem na deptaku nadmorskim. Na płaskim, ostatnim fragmencie już nie było zmiłuj (jakby wcześniej było...). Ostatnie 1,5 km do mety to ciągłe tasowania i próby gubienia grupy - w tych atakach przodował Daniel. Dla mnie ostatni kilometr to była droga przez mękę. Kompletnie wypruty z sił, a rywale wciąż podkręcali tempo. Wiedziałem, że nie mogę stracić do Daniela więcej niż 20 sek., bo wtedy to on wyprzedzi mnie w całym cyklu GP. Zacisnąłem więc zęby i mimo ok. 10 metrowej straty trzymałem tempo narzucane przez chłopaków. Po skręcie w prawo i zmianie nawierzchni na kostkę brukową, zaważyłem, że ostateczny atak przeprowadzają imiennicy - Łukasz Gurfinkiel i Łukasz Oskierko. Daniel ewidentne odpadał. Wtedy poczułem krew i instynktownie również zerwałem się do ostatecznej szarży. Szczerze mówiąc liczyłem, że Daniel się już z tego nie podniesie. Niestety wypracowana w szybkim czasie przewaga nie wystarczyła, aby zniechęcić Daniela do dalszego finiszu. Mnie energii starczyło do ok. 20 metrów do mety. Wtedy już (a raczej dopiero!) kompletnie opadłem z sił, dając się wyprzedzić przez biegnącego do końca Daniela. Po przekroczeniu mety byłem kompletnie nieprzytomny. Trzeba jednak przyznać, że cała nasza czwórka w tym biegu dała z siebie wszystko - dobre tempo na dystansie, próby gubienia rywali i sprinterska walka do końca.
 
Pozornie duża przewaga.
            Warto nadmienić, że w biegu mimo międzynarodowej obsady, całe pudło zostało zajęte przez Polaków, nie mogło być jednak inaczej skoro startowali Łukasz Kujawski, Emil Dobrowolski i Marek Kowalski - aktualnie cała trójka to ścisły top w naszym kraju. Wygrał niezawodny w tym roku Łukasz Kujawski - gratulacje!
 
Jak widać, do mety było jednak jeszcze daleko...
            Kiedy emocje trochę opadły, musiałem przyznać przed samym sobą, że bieg w moim wykonaniu też był całkiem udany. Czas może nie powala - 31:47, ale osiągnięty po bardzo dużej walce z samym sobą - wiele razy w tym biegu traciłem kontakt z grupą, powracałem i znowu odpadałem. No i cierpiałem niesamowicie. Ale nie poddałem się i z tego jestem bardzo zadowolony. Wprawdzie przegrana na ostatnich metrach z Danielem jest małym zgrzytem, ale dałem z siebie na tym biegu 100 %, więc i nie mogę też mieć do siebie o cokolwiek specjalnych pretensji.
           
Dekoracja. Zmęczony, ale zadowolony.


            W tym miesiącu czekają mnie jeszcze 2 starty przełajowe - w Gdyni w ramach cyklu City Trial i na wspomnianych Mistrzostwach Polski. Na szczęście już na krótszych dystansach. Myślę, że po takim przetarciu jakie sobie zafundowałem w Biegu Niepodległości o moje nastawienie do startów i formę mogę być spokojny. 

niedziela, 2 listopada 2014

Dopingowa Saga

Cześć!

            Dzisiejszy wpis powstał spontanicznie, na bazie ostatnich dopingowych "wyczynów" biegaczy oraz biegaczek. Kilka dni temu w Świat poszła wiadomość, że Rita Jeptoo jest na dopingu - w próbce A wykryto erytropoetynę. W związku z dopingową wpadką Rity, World Marathon Majors podjęło decyzję o przełożeniu ceremonii zakończenia cyklu za rok 2014, na której to w/w zawodniczka miała odebrać niebagatelną nagrodę w wysokości 500 tyś. dolarów.

            Co ciekawe, w czerwcu br. IAAF podał listę zawodników oraz zawodniczek przyłapanych na stosowaniu niedozwolonych środków (link: http://aimsworldrunning.org/documents/AIMS_Anti-dopingAdvisory25062014.pdf). Pobieżna analiza nazwisk, pozwoliła mi na odnalezienie co najmniej 2 nazwisk znanych z polskich szos.  
 
Źródło: http://www.thesunchronicle.com/sports/local_sports/ethiopia-s-desisa-kenya-s-jeptoo-win-in-boston/article_75e333d4-a5ec-11e2-9347-0019bb2963f4.html?mode=image

            Z powyższych informacji nasuwa się jedna refleksja - nieważne czy dotyczy to najlepszych zawodników na świecie, czy przeciętnych biegaczy szosowych, pragnących zarobić na chleb bieganiem, problem dopingu dotyczy wszystkich. Powyższe doniesienia poświadczają, że również w Polsce konieczne jest wprowadzenie dużego sita kontroli antydopingowych, w szczególności dotyczących dużych biegów ulicznych, o znacznych nagrodach finansowych, tym bardziej, że zwycięzcy biegów z Polski, niedługo potem łapani są na koksie w biegach zagranicznych - coś tu więc nie gra... Najwyższy więc czas powiedzieć oszustom - "sprawdzam".

niedziela, 26 października 2014

Idzie nowe!

Cześć!

            Trening biegacza amatora wymaga dużo wyczucia. Przede wszystkim kluczowe jest znalezienie delikatnej granicy pomiędzy treningiem, pracą a odpoczynkiem, no i oczywiście prowadzić w miarę normalne życie rodzinne.

            Odkąd zacząłem ponownie biegać, minęło prawie trzy lata. W tym czasie powoli wracałem do treningów, stopniowo zwiększając obciążenia i intensyfikując bodźce. Jednakże w czerwcu tego roku stwierdziłem, że  chyba jednak trenuję zbyt lekko. Od tych trzech lat sam sobie układałem plany treningowe i starałem się je realizować w pełnym zakresie. Jednakże zazwyczaj największą przeszkodą w realizacji swoich celów jesteśmy dla siebie my sami. U mnie też jest podobnie, mimo że biegam trochę szybciej niż zwykły amator, to problemy mam te same – brak czasu na trening, zmęczenie po pracy, które odbiera ochotę do wyjścia na trening. Często zdarzało się też, że nie byłem w stanie skończyć całego treningu, a być może tylko mi się tak wydawało... Efekt był taki, że ambitne plany treningowe praktycznie nigdy nie były zrealizowane w 100%. Doszedłem więc do wniosku, że potrzebuję bodźca, który pchnie mnie do przodu.

            Okazja do tego nadarzyła się, kiedy Daniel powiedział, że chciałby wrócić do Trenera. Wtedy nastąpiła szybka analiza i równie szybka decyzja, że ja też zgłoszę się do trenera. Zwykle i tak większość treningów robimy razem, więc taka decyzja była dosyć naturalna. Mam nadzieję, że dzięki temu będę bardziej zmotywowany do treningów, a poza tym, zmiana bodźców z pewnością pozytywnie wpłynie na moje wyniki.

            Początek zapowiada ciężką pracę, bo już po pierwszym dniu na sprawności dostałem zakwasów, które miałem aż do następnej sprawności. Na zakończenie tygodnia był akcent biegowy, który też do najłatwiejszych nie należał. Muszę też wspomnieć, że szczęśliwie udało mi się uniknąć jednego akcentu na crossie, bo w ostatni weekend dużo startowałem i dostałem od Trenera wolne. Mimo wszystko było bardzo ciekawie i wymagająco, co bardzo dobrze rokuje.


            W szczególności liczę na poprawę mocy, bo Trener zwraca na to baczną uwagę, a tego z kolei ostatnio mi bardzo brakuje. Przez to mam mniejszy margines błędu - wystarczy że podpalę jeden kilometr, a nieraz cały bieg idzie na straty. Dzięki większej rezerwie w sile, myślę, że łatwiej będę mógł znieść nagłe zmiany rytmu, a także utrzymywać dobre tempo w środku dystansu, bo tutaj widzę u siebie spore mankamenty. Zanim jednak to nastąpi, trzeba dać z siebie wszystko na treningach, innej drogi nie ma. Jak to mawiają żołnierze Legi Cudzoziemskiej - "maszeruj albo giń". Wybór jest więc chyba oczywisty. 

niedziela, 19 października 2014

Odbudowa - misja ukończona!

Cześć!

            Mijający weekend znowu upłynął mi pod znakiem startów zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Po tych dwóch biegach mogę powiedzieć, że forma z pewnością rośnie i biega mi się coraz lepiej.

            W sobotę udałem się na zawody do Lęborka, w ramach GP Lęborka w biegach przełajowych. Muszę przyznać, że lubię tam startować, mimo że tak naprawdę miałem tam tylko jeden udany start... Jednakże bieganie po trzech, niezbyt (jak na przełaj) wymagających pętlach powoduje, że zawsze chętnie tam przyjeżdżam. Żałuję jednak, że nie można tam założyć kolców, bo dzięki temu można by było rozwinąć znacznie lepsze prędkości.
 
Na mokrej trawie przydałyby się kolce...
            Tym razem na starcie pojawili się Błażej Król oraz Radek Stankiewicz, a także wracający do biegania Sebastian Wąsicki. Niestety okazało się, że intensywnie startujący we wrześniu i na początku października Błażej (min. w przełajowym biegu o Nóż Komandosa, gdzie był drugi) powoli szykuje się do roztrenowania. Wobec tego pierwsza część dystansu przebiegła bardzo spokojnie. Jednak nie chciałem, aby start był tylko mocnym rozbieganiem, więc w połowie dystansu odłączyłem się od biegnących ze mną Błażejem i Radkiem, dyktując równe i mocne tempo. Bieg ukończyłem w dobrym zdrowiu, więc liczyłem na to, że takie pobudzenie dobrze mi zrobi przed planowaną ciężką przeprawą w dniu następnym.
 
Finiszowe metry.
            W niedzielę z kolei zaplanowany był pierwszy bieg z cyklu City Trial Trójmiasto (poprzednio: Z Biegiem Natury), gdzie wiedziałem, że nie będzie lekko, bowiem na starcie miał stanąć Łukasz Gurfinkiel, a być może inni mocni biegacze w osobach Michała Czapińskiego i Daniela Formeli. W poprzednim tygodniu wszyscy trzej stanęli na starcie biegu w Sopocie, a tam udało mi się wygrać zaledwie z Michałem, ale i tak moja przewaga nie była zbyt duża. W szczególności wiedziałem, że Łukasz jest w dużo lepszej formie ode mnie, na co wskazywał bieg w Sopocie, jednak przed biegiem nigdy nie zakładam porażki, podszedłem więc do tego startu z przekonaniem, że będę musiał dać z siebie 100 % aby nawiązać równą walkę - psychicznie byłem nastawiony na ciężką przeprawę. Przed biegiem także starannie zaplanowałem taktykę i liczyłem, że okażę się na tyle mocny, aby zrealizować przyjęte założenia.
 
Bieg ukończyło więcej osób - rywale poszli na wybieganie :P
            Start ruszyłem bardzo spokojnie, czając się na 3 pozycji. Wiedziałem, że na tak krótkim dystansie Łukasz będzie musiał ruszyć od samego początku, bo jest mocniejszy ode mnie na dystansie, a ja z kolei mam szybszy finisz. Zakładałem więc, że Łukasz będzie chciał uniknąć krótkiego finiszu i zaplanuje ucieczkę na długo przed metą. Na pierwszym kilometrze znajduje się bardzo mocny, selektywny podbieg, na którym Łukasz podyktował mocne tempo, więc w czołówce pozostałem tylko z prowadzącym bieg oraz Michałem. Na wypłaszczeniu, w okolicach 1,5 kilometra postanowiłem wysunąć się na prowadzenie, pokręcając tempo. Dzięki temu że zaatakowałem tuż za końcem podbiegu, szybko oddaliłem się od rywali, powiedziałbym nawet, że zbyt szybko i zbyt łatwo. Jednak po 500 m Łukasz dołączył do mnie, a Michał też nie był zbyt daleko. Potem, tuż po przebiegnięciu 3 km na trasie znajduje się długi i mocny zbieg, który zawsze sprawia mi dużo problemów. Na tym zbiegu Łukasz wypracował nade mną sporą, ok. 20 m przewagę, a i Michał zaczął niebezpiecznie blisko się do mnie zbliżać. Postanowiłem drugą część zbiegu pobiec bardziej agresywnie, dzięki czemu 100 m po zakończonym zbiegu udało mi się dogonić Łukasza. Zaraz potem zaczął się kolejny podbieg, na którym wiedziałem, że Łukasz zaatakuje. Starałem się z całych sił nie zostać z tyłu i to się udało, chociaż czułem, że kosztowało mnie to dużo sił - na szczęście to samo mogę powiedzieć o rywalu. Zaraz potem objąłem na chwilę prowadzenie, ale Łukasz przeprowadził kontrę, na którą myślałem już, że nie dam rady odpowiedzieć. Szybko wyrobił sobie ok. 10 - 15 metrów przewagi, jednak udało mi się całkowicie nie stracić kontaktu. Potem był znowu krótki i intensywny zbieg, gdzie znowu postanowiłem pójść agresywnie, nie dając się zgubić. Kiedy wybiegliśmy na ostatnie 400 m, mimo mocnego zmęczenia, udało mi się zmienić rytm na mocniejszy i dzięki temu błyskawicznie dogoniłem lidera biegu, a potem szybko wyrobiłem sobie bezpieczną przewagę, którą nie oddałem już do mety. Czas 17:03 to chyba mój najszybszy bieg tutaj, tylko o 3 sekundy wolniejszy od rekordu trasy, który ustanowił w zeszłym sezonie Łukasz.

            Na spokojnie oceniając, to kluczem do sukcesu okazały się zbiegi, na których nie straciłem zbyt dużo. Dzięki temu byłem dość blisko, aby móc przeprowadzić skuteczny finisz. Inną sprawą jest to, że dzięki ostatnim startom, bardziej lub mniej udanym, zdecydowanie lepiej czuję się na ostatniej części dystansu, nie "przytyka" mnie, dzięki czemu mogę wykrzesać z siebie reszki pokładów energii. Dzisiaj wszystko zagrało tak jak należy, z czego byłem bardzo zadowolony.

            Podsumowując - dwa biegi, dwa zwycięstwa. W szczególności jestem zadowolony ze znacznego wzrostu formy, mogę więc nieśmiało powiedzieć, że mój plan odbudowy formy startami się powiódł. Teraz mogę spokojnie i w dobrym nastroju rozpocząć przygotowania do przełajowych Mistrzostw Polski, które odbędą się na koniec listopada. Już w następną sobotę pierwszy trening na krosie, więc lekko nie będzie. Podbudowany jednak ostatnimi wynikami, z pewnością dużo łatwiej będzie się znosiło ciężkie akcenty na treningach.