poniedziałek, 23 lutego 2015

Halowe Mistrzostwa Polski w Toruniu - raport

Cześć!

            Dzisiaj obiecana relacja z Halowych Mistrzostw Polski, które w weekend odbyły się w Toruniu. Dla mnie był to bardzo pracowity weekend, bo w sobotę startowałem na 1500 m, a w niedzielę na 3000 m. Na obu dystansach zapowiadało się bardzo mocne bieganie, bo średnia jeżeli chodzi o poziom biegów pod dachem mocno wzrosła, co w mojej opinii wynika wprost z poprawy infrastruktury w naszym kraju.


            Na 1500 m jechałem z myślą o poprawie rekordu z niedzieli, czyli połamanie bariery 3:54. Po niedzieli byłem szczerze przekonany, że przy bardzo podobnym biegu będę w stanie wytrzymać ostatnie koło dużo lepiej niż poprzednio. Zawodnicy startujący na "półtoraka" zostali rozdzieleni na 2 serie - pierwsza składała się z właściwie wszystkich, którzy osiągnęli minimum na Halowe Mistrzostwa Europy, a w drugiej została ustawiona cała reszta. Dla mnie taki układ był optymalny, bo mogłem przewidywać, że tempo pierwszego kilometra będzie oscylowało w granicach 3:33/34, czyli tak jak w poprzednim biegu. Z takiego kilometra dobry zawodnik jest w stanie pobiec 3:47/48, więc przewidywałem że jak zamknę grupę, będę mógł podjąć próbę pobicia PB. Mniej więcej po 500 m zaczęły się jednak schody. Biegło mi się bardzo ciężko i z trudem utrzymywałem kontakt z grupą. Kilometr pokonałem w ok. 2:36 i wtedy byłem już sekundę za prowadzącymi. Mimo podejmowanych prób nogi tego dnia odmawiały współpracy. Skończyło się na rozczarowującym 3:58... Czas kiepski, w ciągu kilku dni w biegach rozgrywanych praktycznie w takim samym tempie osiągnąłem zgoła różne wyniki. Na marginesie muszę dodać, że seria w której biegłem okazała się tą szybszą, gdyż lepsi zawodnicy z pierwszej serii chyba zbyt zajęli się rywalizacją między sobą i zapomnieli, że w drugiej będą startowali zawodnicy na poziomie ok. 3:48... Skończyło się na tym, że cała medalowa trojka została wyłoniona w drugiej serii. Dla mnie było to jednak marne pocieszenie, bo wtedy stwierdziłem, że do startu na 3000 m muszę podejść z dużą pokorą, bo ewidentnie zaliczałem spadek formy.


            Bieg na 3000 m, który planowany był na 2 serie, został jednak rozegrany w jednym biegu. Na kresce miało więc stanąć 16 zawodników, wśród których kilku legitymowało się wynikami poniżej 8:00, albo w granicach tego rezultatu. Także i tym razem spodziewałem się szybkiego biegu, bo przypuszczałem, że kilku zawodników, którzy zostali wyeliminowani ze startu na Mistrzostwach Europy na 1500 m, będzie chciało powetować sobie porażkę próbą zrobienia minimum na 3000 metrów. Jakiekolwiek jednak były powody, trzeba przyznać, że tempo biegu było bardzo mocne. 16 osobowa ekipa zawodników szybko rozciągnęła się na jakieś 30 metrów, idealny pociąg do szybkiego biegania. Czołówka kręciła tempo na złamanie 8:00, cała reszta próbowała utrzymać się za nimi. Ja starałem się nie szarpać, ustawiłem się niemalże na końcu stawki, a i tak pierwsze "500" było za szybko... Na zawodach tej rangi trzeba być jednak gotowy na szarpane tempo, albo mocne początki. Brak tolerancji dużych prędkości zwykle oznacza niepowodzenie i bardzo wolną końcówkę biegu, co w rezultacie przekłada się na końcowy wynik. Ale wracając do samego biegu - po cichu liczyłem na bieganie poniżej 8:20 (przynajmniej tak sądziłem w niedzielę tydzień wcześniej), jednak w czasie zawodów starałem się biec możliwie równo i nie marnować sił na rwanie tempa. Czułem się lepiej niż dzień wcześniej - rano widziałem się jeszcze z moją Menadżerką i partnerką w jednej osobie - Dorotką, dzięki której do startu podszedłem zrelaksowany i zmotywowany. Trudno było jednak walczyć, kiedy przychodzi dołek formy... Na pocieszenie pozostawał fakt, że udało mi się stoczyć dobrą walkę z jednym z zawodników, który na dystansie kilkukrotnie mnie wyprzedzał, na 200 m ścigaliśmy się, aby ostatecznie wpaść na metę ok. 0,2 sekundy przed nim. Czas, który jest jednocześnie moją nową bezwzględną życiówką wynosi od wczoraj 8:25,29. Wystarczyło to do zajęcia 9. miejsca. Przyznam, że liczyłem na lepszy wynik, ale przynajmniej będzie co poprawiać na otwartym stadionie.



            Tym samym zakończyłem w tym roku przygodę z halą. Szkoda że na samych Mistrzostwach nie zaprezentowałem się najlepiej, ale może powetuję sobie tę zniżkę formy już startach w przełajach. Treningowo można ten okres jednak uznać za bardzo udany. Zaliczyłem kilka mocnych biegów, więc liczę że będzie to procentowało wiosną i latem. Już niedługo będziemy ruszać ze startami w przełajach, być może jeszcze przed Mistrzostwami Polski uda się pościgać jeszcze z pomorską czołówką biegaczy w jednym z biegów organizowanych przez POMOZLA. Byłaby to wyśmienita okazja do sprawdzenia się w poważnej stawce mocnych zawodników.

piątek, 20 lutego 2015

Mocne przetarcie przed Mistrzostwami Polski

Cześć!

            W ostatnią niedzielę udałem się znowu na start do Torunia, aby zaliczyć ostatnie mocne przetarcie przed Halowymi Mistrzostwami Polski. Okazja do tego była nie byle jaka, bo poza małymi wyjątkami, na starcie 1500 metrów stanęli najszybsi średniacy w Polsce.

            Bieg miał być ustawiony pod minimum na Halowe Mistrzostwa Europy (3:42,00), tak więc mnie pozostało jedynie wygodnie ustawić się pod koniec stawki i powalczyć o jak najdłuższe utrzymanie się na plecach rywali. Od samego początku ustawiłem się na końcu drugiej grupy, biegnącej na wynik w okolicach 3:50. Pierwszy kilometr pobiegłem w 2:34 i był to najszybciej pokonany kilometr od wielu lat. Jak można się domyślać, już wtedy nie czułem się najlepiej, w zasadzie po 2 kołach wydawało mi się, że biegnę w maksa. Siły starczyło do ok. 300 m do mety. Wtedy ostatecznie grupa chłopaków z którymi biegłem mi uciekła. Ostatnie koło doczłapałem w jakieś 32 sekundy. Mimo to uzyskany przeze mnie czas można uznać za zadawalający - 3:54,88, bez specjalnego przygotowania. Jak to często bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc jeśli będą ku temu warunki, na Mistrzostwach Polski chciałbym pobiec jeszcze szybciej. Czy się uda, zależy od tempa dyktowanego przez rywali, a z tym na imprezach mistrzowskich bywa różnie.


            Już jutro będę więc biegał 1500 m, a w niedzielę na deser przebiegnę 3000 m. Relacja już wkrótce!

piątek, 13 lutego 2015

Pierwsze przetarcie na hali!

Cześć!

            W ostatnim tygodniu rozpocząłem przygodę z bieganiem na hali. Pierwszy zaplanowany start był jednocześnie pierwszym w tym roku tak długim odcinkiem bieganym w kolcach po tartanie. Muszę przyznać, że mimo planów wystartowania na Halowych Mistrzostwach Polski, nie szykujemy się specjalnie pod sezon halowy. Wprawdzie odbyliśmy wspólnie z Danielem kilka szybszych sesji na treningu, ale z pewnością nie można powiedzieć, że hala jest naszym priorytetem. Zresztą jak sięgam pamięcią, to nigdy tak nie było - zawsze na hali biegałem co najwyżej średnio, nigdy też nie biegałem tam zbyt często. W tym roku mogę przynajmniej powiedzieć, że startów na krytej bieżni będę miał sporo, bo prawdopodobnie aż 4 (w tym 2 na Mistrzostwach Polski). Myślę jednak, że główna zasługa takiej ilości startów to nowa bieżnia, która została położona całkiem niedaleko Gdańska, czyli w Toruniu. W tej chwili, dzięki dobrej infrastrukturze drogowej, przejazd zajmuje około 2 godzin w jedną stronę.


            Wobec sprzyjających okoliczności, w środę 4 lutego pojechaliśmy z Danielem na miting lekkoatletyczny wystartować na 1500m. Niestety cała czołówka biegała dzień wcześniej, wobec czego można było przewidywać, że bieg będzie trzeba rozgrywać samemu. Start rozpocząłem całkiem dobrze, pierwsze 500 m minąłem w okolicach 1:17/18. W dalszej części niestety już zwolniłem, trochę bałem się, że mogę się "ugotować" przed minięciem kilometra. Tutaj wyszedł brak pewności siebie, spowodowany właśnie brakiem treningów - zwyczajnie nie byłem pewien, jak mój organizm zachowa się w czasie szybkiego biegu. Kilometr minąłem w granicach 2:40, także jak na 1500 m to niezbyt szybko. Dalej nie było lepiej, bez przekonania pokonywałem kolejne metry. Ani się nie zorientowałem, zadzwonił dzwonek oznaczający ostatnie koło. Mimo to nie szarpnąłem, dopiero ostatnia setka lekko przyciśnięta. Dobiegłem w czasie 4:03, czyli bez szału. Tym niemniej na biegu i po jego ukończeniu czułem się na tyle dobrze, że jestem przekonany, że w solidnej obsadzie i przy walce z rywalami spokojnie mogłem tego dnia wykręcić czas w granicach 3:58/59. Mimo więc dosyć przeciętnego wyniku, przynajmniej nabrałem pewności, że jestem w stanie spokojnie pobiec pierwszy kilometr dużo szybciej niż 2:40 i spróbować w dalszej części utrzymać to tempo. Myślę, że już niedługo będzie okazja pokazać pełnie moich możliwości, a im lepiej będę prezentował się na hali, tym lepszy będzie to prognostyk przed sezonem wiosennym, kiedy będę miał już przebiegniętych kilka mocnych jednostek wytrzymałości specjalnej.

            W dalszej części tygodnia trochę odpoczywałem, aby w sobotę zaliczyć kolejny akcent tempowy. Niestety w tym wypadku nie popisał się klub SKLA w Sopocie. W piątek po południu dzwoniłem tam, bo chciałem skorzystać z bieżni w dniu następnym. Pytam więc pani, która była po drugiej stronie słuchawki w biurze klubu, czy stadion jest odśnieżony. Otrzymałem odpowiedź twierdzącą, więc w sobotę rano pojechałem razem z Danielem na stadion SKLA, który... był całkiem zaśnieżony. Nie zastanawiając się długo, szybko pojechaliśmy szukać innej miejscówki (dla jasności - pani która wprowadziła mnie w błąd wciąż żyje). Ostatecznie znowu musieliśmy biegać na ZOO, bo asfalt na Nadleśnictwie Gołębiewo wciąż był pokryty lodem. Minusem pętli na ZOO jest to, że nie jest ona płaska - albo prowadzi lekko w dół, albo pnie się pod górę. Dodatkową atrakcją dla mnie było to, że będąc pewien, że będziemy biegali po stadionie, nie wziąłem startówek, tylko zwykłe buty do wybiegań. Mimo mojego kiepskiego nastawienia spowodowanego tymi przygodami, biegaliśmy całkiem żwawo, nawet szybciej niż pierwotnie było zakładane.


            Tydzień zakończyłem szybkim wybieganiem. Muszę przyznać, że odkąd zacząłem szybciej biegać rozbiegania, mam dużo lepsze nastawienie do treningu. Ostatnia "20" zajęła mi ok. 1:17:00, więc trening jest krótki i intensywny - to lubię.

            Tymczasem już w niedzielę chcę pojechać na start do Torunia. Tym razem obsada na 1500 m będzie bardzo mocna, nie pozostaje więc nic innego jak trzymać ogon i wytrzymać do samej mety - zapewne nie będzie to łatwe. Bardzo chciałbym pobiec wynik poniżej 3:57 i myślę, że mnie na to stać. Obym się nie pomylił. Wciąż jednak myślę o hali jako o mocnym przetarciu, próbie odbudowania mocy przed startami na 10 km oraz na 5000m na stadionie. Liczę, że dobra moc, przy mojej wytrzymałości którą przez ostatnie sezony wytrenowałem, przełoży się w końcu na bieganie 10 km w tempie poniżej 31 min.


            Za tydzień w sobotę, czyli wtedy kiedy będę biegał na Mistrzostwach Polski 1500 m, startuje Bieg Urodzinowy w Gdyni. Mimo że mnie tam nie będzie, będę się bacznie przyglądał rywalizacji i wynikom. Wszystkim startującym już teraz życzę powodzenia!

czwartek, 29 stycznia 2015

Szybko czy wolno?

Cześć!

            Ostatnio naszła mnie taka refleksja, o której rozmawiałem także na treningu z Danielem. Mianowicie ostatnio bardzo systematycznie zwiększałem prędkość przebieganych na treningu kilometrów. W tym momencie bieganie wybiegania na granicy 4:00/km nie stanowią już dla mnie wyzwania. Ogólnie rzecz ujmując mój trening znacząco zmienił się w porównaniu do lat poprzednich i zmianę tę poczytuję na wielki plus. Przede wszystkim zmiana polegała na koncentracji na jakości, kosztem nadmiernych, "pustych" kilometrów. Efekt jest taki, że ostatni raz tak dobrze biegało mi się jakoś w 2007 roku, co w bieganiu jest wiecznością... Przede wszystkim czuję, że mój bieg jest obecnie bardziej lekki i sprężysty. I tutaj właśnie pojawia się kwestia którą chciałbym poruszyć - szybkie bieganie, czy spokojne "klepanie" kilometrów?

            Obie teorie mają swoich zwolenników i przeciwników, ja jednak postaram się w miarę moich (skromnych) możliwości, przedstawić argumenty za i przeciw szybkiemu bieganiu na rozbieganiach.

            Do niewątpliwych plusów szybkiego biegania jest skrócenie czasu trwania treningu. Nie jest odkryciem, że kontuzje biegowe są to w znakomitej większości kontuzje przeciążeniowe. Jednym słowem - im dłużej trwa trening, nawet na niskiej intensywności, wydłuża się czas pracy mięśni i ścięgien, tak więc ryzyko kontuzji wzrasta. Ponadto, podczas wolnego biegania inaczej wyprowadza się krok, niż w przypadku swobodnego i szybkiego biegu. Ostatnio zauważyłem, że dla mnie bieganie w okolicach tych 4:00/km i szybciej wymaga już kroku zbliżonego technicznie do kroku startowego. Podczas wolnego truchtu, nie ma mowy np. o poprawnym wyprowadzeniu nogi przed siebie, bo zwyczajnie nie jest to potrzebne. Dzięki szybszym wybieganiom, aparat ruchu oraz układ nerwowy przystosuje się utrzymania prawidłowej sylwetki podczas biegu, co ma bezpośrednie przełożenie na technikę biegu podczas startów.

            Oczywiście szybkie bieganie ma również swoje mankamenty. Z pewnością wymaga ono bardzo dobrego przygotowania motorycznego. Bez tego bieganie szybkich rozbiegań może skończyć się co najmniej na nakładaniu się zmęczenia kolejnymi treningami, a w najgorszym razie na kontuzji. Warto więc podejść do sprawy z głową. Podejmując próbę "przyspieszenia" trzeba w pierwszej kolejności zmienić nastawienie do treningu, przez co rozumiem zmianę z ilości - w jakość. Koniecznym jest więc, przynajmniej na początku,  zmniejszenie liczby przebieganych kilometrów, a czas który wcześniej zajmowało bieganie warto - a nawet trzeba - poświęcić na zwiększenie siły i elastyczności aparatu ruchu - niestety wielu biegaczy tego nie lubi (ja również!), ale tylko dzięki temu, będzie możliwa poprawa jakościowa. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że warto stopniowo wprowadzać się na wyższe prędkości, np. zaczynając od 1 treningu w tygodniu, aby w sposób łagodny i płynny wskoczyć na wyższy poziom, a w między czasie wzmacniać się wykonując dużo sprawności.

Ostatnie wybieganie, czyli krótko i na temat. 
            Jeżeli o mnie chodzi, to muszę się przyznać, że taka zmiana podziała na mnie bardzo dobrze. Przede wszystkim treningi stały się mniej nużące, a które wcześniej czasem mi się dłużyły. Dzięki temu o wiele przyjemniej wychodzi się na bieganie. Mam też wrażenie, że jestem bardziej zmobilizowany na treningach, a samo bieganie sprawia więcej radości. Lepsze samopoczucie z kolei przekłada się na lepszą gotowość do wykonania cięższych akcentów. Co ciekawe, nie licząc zakwasów (po sprawności) i bolących nogach po cięższej jednostce, nie odczuwam negatywnych skutków np. szybkiej dwudziestki w następnym dniu. Wcześniej, po dłuższym bieganiu, nogi były bardziej "tępe", ciężko było mi następnego dnia się rozpędzić. Teraz w zasadzie problem zniknął. Odpukać, w chwili obecnej nie narzekam na kontuzje, które jeszcze do niedawna stosunkowo często i w miarę regularnie się u mnie pojawiały.

            Jak zmiana filozofii do treningu przełoży się na wyniki - to się okaże, ale póki co jestem spokojny, że ten sezon będzie udany. Na chwilę obecną jednak mogę śmiało powiedzieć, że taki trening sprawia wiele satysfakcji i przyjemności.


            

wtorek, 20 stycznia 2015

IV bieg z cyklu City Trail Trójmiasto

Cześć!

            W pierwszej kolejności zacznę od krótkiego raportu z przebiegu przygotowań do biegowego sezonu w 2015 roku. Ostatnio trochę wziąłem się za siebie, to znaczy że już od dawna nie opuściłem żadnej sesji treningowej, co bardzo mnie cieszy. Cieszy także fakt, że zdrowie dopisuje, nic mnie nie boli, więc na treningu mogę skupić się tylko na zaplanowanych jednostkach, a nie myśleć o bólu. Choć, jakby się dobrze zastanowić, to w sumie ostatnio ból towarzyszy mi na okrągło, ale wynika to na szczęście z mocnych treningów, a nie kontuzji.

            W ostatnim czasie na treningach wykonuje dużo siły i sprawności. Dzięki temu, mimo dużego zmęczenia czuję w nogach moc, a takie uczucie chyba po raz ostatni towarzyszyło mi jakieś 7 lat temu, czyli wtedy, gdy trenowałem pod okiem Trenera na studiach i biegałem biegi średnie. Na samych treningach zwracam także uwagę na poprawę techniki biegu. Zauważyłem, że tak naprawdę do tej pory strasznie skracałem krok, bo pierwsza jego faza nie była u mnie aktywna (chodzi o wyrzucenie podudzia do przodu). Muszę przyznać, że już 7 lat temu miałem z tym problem, ale wtedy udało mi się to poprawić, teraz problem powrócił. Nie ma co ukrywać, że nie da się poprawnie biegać technicznie, kiedy w nogach nie ma siły. W chwili obecnej czuję jednak tę moc, która pozwala mi przez dłuższy czas aktywnie atakować podłoże, co bezpośrednio przekłada się na wydłużenie kroku, a sam bieg wydaje się jakby lżejszy. Nie da się jednak ukryć, że w tej materii jeszcze wiele pracy przede mną.

            W międzyczasie miał nadejść miły przerywnik w treningach, czyli start w cyklu City Trial Trójmiasto. Ostatnio, przed sylwestrem, musiałem na biegu w Gdańsku uznać wyższość Michała Rolbieckiego. W tamtym czasie dużo się u mnie działo, nie mogłem więc spokojnie skupić się na starcie, a zresztą wtedy jakoś mało trenowałem, co przełożyło się na dyspozycję startową. Ci co mnie znają wiedzą jak bardzo nie lubię przegrywać (a jak bardzo wygrywać), więc postanowiłem postarać się przy kolejnej okazji odnieść zwycięstwo. Jeszcze w sobotę, czyli dzień przed biegiem wszystko było ok., tak forma, jak i nastawienie psychiczne. Niestety tego samego dnia musiałem się czymś zatruć, bo w nocy z soboty na niedzielę strasznie chorowałem i bardzo się odwodniłem. Kiedy w okolicach 3 rano ponownie kładłem się do łóżka, wstrząsany dreszczami przestawiłem budzik na późniejszą godzinę, bo stwierdziłem że nie pojadę na zawody. Budzik ustawiłem tylko dlatego, że obiecałem po drodze na zawody zabrać także Maćka, więc chciałem go tylko poinformować, że musi pojechać sam. Jednak kiedy znowu się obudziłem, już o 6, poczułem, że nie mam już dreszczy, a żołądek jakby mniej boli, pomyślałem wtedy więc, że może jednak spróbuje pobiec? Wstałem, zjadłem banana, wypiłem duży kubek napoju ALE, przestawiłem budzik na wcześniejszą godzinę i znowu położyłem się spać. Po obudzeniu zjadłem lekkie śniadanie i znowu sięgnąłem po sporą porcję ALE (musiałem się trochę nawodnić przed biegiem). Stwierdziłem, że zobaczę na rozgrzewce, czy nie będę czuł się słabo i wtedy ostatecznie zadecyduje co zrobić.
           
            Postanowiłem, że przed biegiem nie będę się chwalił moimi problemami chłopakom. Taka informacja mogłaby na nich podziałać mobilizująco... Na starcie stanęli między innymi: Michał Rolbiecki (z którym przegrałem ostatnio), Daniel Chuchała (z którym trenuję), Łukasz Gurfinkiel (zwycięzca poprzedniej edycji), a także Michał Czapiński, czy chociażby Paweł Borawski. Pierwotnie, ze względu na mój stan zdrowia, planowałem że będę się czaił do samego końca i wtedy ewentualnie (jak będę miał siły) to zaatakuje. Jednak już po starcie zmieniłem zdanie. Pomyślałem sobie - co mi tam, najwyżej padnę gdzieś po drodze. Pierwsze 2 km poprowadziłem mocno, został ze mną sam Michał Rolbiecki, który już na podbiegu dał mi zmianę. Wtedy pomyślałem, że to już jest mój koniec. Na szczęście Michał nie poszedł za mocno, więc udało mi się utrzymać kontakt. Tutaj mała dygresja. Podstawowa zasada biegacza - możesz dać się wyprzedzić, ale nie możesz pozwolić, żeby rywal Ci odbiegł. Działając w myśl tej zasady, nie dałem Michałowi wypracować dużej przewagi na podbiegu, którą zaraz skasowałem na wypłaszczeniu. Potem trasa wije się krętą ścieżką w dół i mimo, że Michał zbiega dużo lepiej niż ja, nie dałem mu uciec. Mimo że czułem się fatalnie (osłabienie zatruciem dawało się mocno we znaki), z całych sił walczyłem, żeby nie stracić kontaktu z rywalem. Wtedy już postanowiłem, że nie będę kombinował, i jeżeli będę miał szansę, zaatakuje dopiero na samym końcu biegu. Teraz sobie myślę, że gdyby Michał spróbowałby mocniej depnąć na ostatnim podbiegu, z pewnością zostawiłby mnie z tyłu, na szczęście także on postanowił poczekać. Na wypłaszczeniach kilkukrotnie starał się mnie "urwać" ale to się nie udało. Najlepsza zabawa pozostała dopiero na ostatnie 60 - 70 metrów. W tym miejscu jest niewielkie wzniesienie, gdzie Michał postanowił się rozpędzić. Wtedy zaczynałem już widzieć jego plecy, ale bardzo chciałem wygrać, więc nie dawałem za wygraną. Odpowiedziałem i wtedy pierwszy raz od dłuższego czasu zrównaliśmy się ze sobą. Wtedy Michał jeszcze raz próbował mnie zgubić, znowu lekko odskoczył, ale mimo złego samopoczucia miałem jeszcze troszkę siły, aby ponownie zaatakować. Tym razem, a działo się to na około 5/10 metrów przed metą wyszedłem na prowadzenie. Na metę wpadłem jako pierwszy, ale wycieńczony padłem na ziemię, z której nie mogłem podnieść się przez dłuższą chwilę. Sukces w tym biegu okupiłem wielkim zmęczeniem, ale satysfakcja była ogromna. Na marginesie muszę wspomnieć, że nasz finisz był podobno najbardziej spektakularnym zakończeniem biegu we wszystkich dotychczasowych edycjach tej imprezy - fajnie! Dla mnie jednak, takie końcówki, to kiedyś była codzienność, bo na 800 i 1500 m bardzo często decydowały setne sekundy - na MP juniorów w Bydgoszczy w 2004 roku, na dystansie 800 m, w 0,05 sekundy zmieściło się z tego co pamiętam 4 zawodników! Jednakże faktycznie na przełajach taka sytuacja nie zdarza się zbyt często. Dzięki walce o zwycięstwo z Michałem praktycznie na całym dystansie udało się także zrobić nowy rekord trasy. Jednakże po powrocie z zawodów, gdy kurz pobitewny już opadł, byłem tak zmęczony, że położyłem się spać i nie mogłem się obudzić przez kilka godzin. Cóż, warto było!

            Kolejne plany startowe przewidują bieganie na zawodach halowych. Zobaczymy co z tego będzie, na pewno jest okazja żeby dać nogom porządny wycisk i sprawdzić, ile pozostało z dawnej szybkości, no i pierwszy raz przetestować jak biega się na okrągłej bieżni w Toruniu, która pamięta ubiegłoroczne Halowe Mistrzostwa Świata.


środa, 7 stycznia 2015

Trening mentalny

Cześć!

            Dzisiejszy wpis poświęcony będzie sferze mentalnej. Warto już na wstępie zauważyć, iż bieganie, jak wszystkie aktywności których się podejmujemy (nie tylko fizyczne) mają wpływ na naszą postawę i psychikę w przyszłości. Wydarzenia, których doświadczamy, pozwalają stać się bardziej świadomymi ludźmi, bogatszymi w wiedzę o życiu, co przydaje się w pokonywaniu przeszkód, które przed nami stoją.

            Chyba każdy miał kiedyś taką sytuację - wyścig, w pewnym momencie nogi zaczynają boleć, odmawiają posłuszeństwa, dodatkowo wyprzedza nas inny biegacz. W tym momencie krótka myśl "nie dam rady!" i wtedy nagle następuje znaczne zwolnienie tempa... Uczucie fatalne, często prowadzące do rezygnacji z podejmowania dalszej rywalizacji (zejście z trasy), ale spokojnie - psychikę także da się wytrenować!

            W pierwszej kolejności trzeba podkreślić - trening mentalny zaczyna się już w momencie wyjścia na trening. Ja pracuję zawodowo i mam jeszcze sporo innych obowiązków i zmartwień, ale właśnie kiedy nie chce się iść na trening, a ostatecznie się uda, to już jest małe zwycięstwo. Jak wspomniałem wyżej, trening mentalny biegacza polega na utrzymaniu stałej koncentracji na długoterminowym celu (np. start w maratonie lub impreza mistrzowska), co wymaga budowania odpowiedniego nastawienia do zaplanowanych zajęć. Czasem wystarczy przetrwać dzień lub dwa kryzysu, aby poczuć niesamowitą wewnętrzną siłę, która w ostatecznym rozrachunku pozwala osiągnąć uprawniony cel.

            Druga rzecz - każdy potrafi osiągnąć znakomity rezultat, kiedy wszystko idzie ok. Jednakże mentalność zwycięzcy polega na podejmowaniu walki właśnie wtedy, kiedy nie idzie, dzieje się coś nie tak - umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami losu jest cechą charakterystyczną wielkich mistrzów. Tutaj za przykład niech posłuży mój idol - Michael Jordan i słynne "flu game". Jordan podczas finału w 1997 roku grał z grypą, mimo to zdobył 38 punktów zapewniając Bull'som zwycięstwo nad Utah Jazz. Ostatecznie w tamtym roku Chicago sięgnęło po tytuł mistrzów NBA. W odniesieniu do własnych doświadczeń, to zapadnie mi w pamięci także bieg Niepodległości w Gdyni tego roku - strasznie w czasie niego się wycierpiałem, przegrałem finisz z Danielem, a sam rezultat nie był jakiś powalający, jednakże biorąc pod uwagę moją dyspozycję w tamtym czasie, byłem z siebie bardzo zadowolony, bo mimo wielkich problemów, udało się dopiec uciekającą mi kilkukrotnie grupą aż do finiszu. Nie osiągnąłem wtedy może swojego celu, ale od tego momentu uwierzyłem, że mogę walczyć i dawać siebie wszystko. To dało mi wielką pewność siebie, która nie opuściła mnie aż do Przełajowych Mistrzostw Polski w Krakowie. Efekt? 5 miejsce i życiowy sukces, który moim zdaniem byłby niemożliwy, gdyby nie ten bieg w Gdyni, który pomógł mi się mentalnie zbudować.

"Mogę zaakceptować porażkę, każdy je ponosi, ale nie mogę zaakceptować nie podjęcia próby" - Michael Jordan (tłumaczenie moje)
            Po trzecie - każdy mocny trening, a w szczególności (dla mnie) trening wytrzymałości specjalnej jest również doskonałą okazją do trenowania mocnej psychiki. Nie raz już spotkałem się z teoriami, że da się trenować w sposób umiarkowany, bez "podjeżdżania się" na treningach, jednakże uważam, że od czasu do czasu warto podkręcić nieco śruby. Dzięki temu, organizm jest gotowy aby wytrzymać o wiele większe obciążenia na starcie. Całą sztuką jest przekonanie własnego ciała, że obciążenia jakie się go poddaje podczas zawodów są bezpieczne dla zdrowia. Niestety nie da się tego osiągnąć, nie zbliżając się do bariery własnych możliwości na treningach. Tutaj za przykład niech posłuży maksyma biegaczy z Kenii: "train hard, win easy" - czyli trenuj ciężko, aby potem łatwo odnosić zwycięstwa. Niewątpliwie jest w tym wiele racji. Sam swoje najlepsze biegi i rekordy wspominam jako biegi relatywnie łatwe. Natomiast biegi w których bardzo cierpiałem były zazwyczaj tymi najgorszymi. Niewątpliwie miało na to wpływ również moje nastawienie - kiedy dobrze trenuję i widzę, że noga się kręci, od razu do zawodów podchodzę z dużym spokojem i pewnością, natomiast zawsze najwięcej stresów kosztują mnie starty, kiedy jestem bardzo słabo przygotowany.
            Reasumując, warto pamiętać, że podczas treningu biegowego, wytrenowaniu podlegają nie tylko parametry motoryczne, ale także psychika. Może więc odpuszczenie sobie ostatniego odcinka na treningu nie jest wcale takim dobrym pomysłem...? Cierpienie jest na stałe wpisane w tę dyscyplinę, warto o tym pamiętać i zaakceptować taki stan rzeczy, podobnie jak satysfakcja z pokonania własnych słabości.

           

           

czwartek, 1 stycznia 2015

Grudniowe retrospekcje

Cześć!

            Ostatni miesiąc to ciągła absencja na blogu, spowodowana zarówno sprawami zawodowymi, jak i osobistymi. Jako amator, często muszę zmierzyć się z problemem braku czasu i odpowiedniego ustawienia priorytetów. Niestety blog schodzi u mnie na dalszy plan, kiedy mam do wyboru pisanie kolejnego wpisu czy odpoczynek po zaganianym dniu, wybieram odpoczynek... Tak to już jest, mam jednak nadzieję, że nowy 2015 rok przyniesie pozytywne zmiany, w tym także większy zapał do tworzenia nowych postów. Tematów z pewnością nie brakuje, a to już połowa sukcesu.

            W międzyczasie, to jest tuż po Przełajowych Mistrzostwach Polski w Krakowie przeziębiłem się, co spowodowało przerwę w treningach. Tutaj muszę napomknąć, że nie miałem żadnego roztrenowania, tylko spokojnie zaczęliśmy przygotowania do nowego sezonu. Kilka dni przerwy spowodowały, że ominęło mnie kilka ciężkich jednostek treningowych, wiec przez kolejny tydzień miałem duże problemy z wytrzymaniem zaaplikowanych obciążeń. Forma, którą miałem na Mistrzostwach Polski już dawno odeszła w niepamięć, trzeba budować wszystko od nowa. Obecnie, jak to zwykle bywa w tym czasie, mamy zadane dużo siły i wytrzymałości tlenowej, jednak codziennie jest jakiś element na treningu, na którym można się porządnie zmęczyć.

            Na 28 grudnia przypadał także mój ostatni bieg w tym roku, czyli GP City Trail w Gdańsku. Nie byłem chyba do niego optymalnie przygotowany, a po drugie całkiem mocno trenuje, więc nie spodziewałem się fajerwerków. Na starcie stanęli min. Daniel Formela, Michał Rolbiecki, Michał Czapiński oraz Łukasz Gurfinkiel. Tego dnia pierwszy raz sypnęło trochę śniegiem (na szczęście nie dużo), więc trasa była trochę śliska - bez kolców ani rusz. Przez cały dystans na prowadzeniu zmieniałem się z Michałem Rolbieckim, reszta zawodników biegła niedaleko z tyłu. Niestety tego dnia okazało się bardzo boleśnie, że moje inklinacje do szybkich finiszów nie zawsze się sprawdzają, w szczególności kiedy forma nie dopisuje. Na ostatnich 300 m po początkowym moim ataku, Michał odpowiedział mi tym samym i skutecznie finiszował na 1 miejscu z przewagą nade mną ok. 3 sek. Na dalszych pozycjach przybiegli odpowiednio - Michał Czapiński, Daniel Formela i Łukasz Gurfinkiel. Bieg mogę zaliczyć chyba do gorszych w tym roku - kompletny brak reakcji na wydarzenia podczas biegu, nie wykorzystałem szans na urwanie się w kluczowych momentach, ale być może jest tak, że jak jest się słaby, to i trudno jest wykorzystać atuty, którymi się dysponuje...

            Nowy rok przynosi jednak nowe możliwości. Bieganie nauczyło mnie, że sukces można osiągnąć tylko dając z siebie maksimum, zresztą podobnie jest w życiu zawodowym czy osobistym. Tak więc życzę wszystkim, aby nie zabrakło zaangażowania w podążaniu do celu, a sukcesy przyjdą same!


            

sobota, 29 listopada 2014

Ostatnie szlify i start w Mistrzostwach Polski w przełajach

Cześć!

            Ostatni tydzień przed Mistrzostwami Polski w biegach przełajowych mieliśmy zaplanowany strat kontrolny na 5 km w City Trial Trójmiasto, a także jeden pobudzający akcent na treningu.

            W zeszłą niedzielę stawiłem się w Gdyni na nowej trasie w ramach w/w cyklu. Poprzednia okazała się chyba zbyt wymagająca, ponieważ obfitowała w sporą liczbę mocnych i długich podbiegów, więc organizatorzy postawili na nową lokalizację. Obecna jest zdecydowanie szybsza, a duża liczba zbiegów pozwala na osiągania niezłych rezultatów.
            Niestety choroba pokrzyżowała plany moim dwóm rywalom - Danielowi i Łukaszowi. Ten drugi w ogóle nie pojawił się na starcie, a Daniel wprawdzie zdecydował się wystartować, ale był osłabiony od choroby. Oprócz Daniela, za głównych faworytów uchodzili także Michał Rolbiecki i Michał Czapiński. Start był bardzo spokojny, cała czołówka dała się wyszaleć zawodnikowi, który początkowo zaczął bardzo szybko, ale został dogoniony już przed 1 km. Potem na prowadzenie wyszedł Daniel i Michał Rolbiecki, którzy nadawali ton rywalizacji. Niestety na jednym z zakrętów, w okolicach połowy trasy prowadzący Michał się przewrócił. W geście fair play, cała czołowa trójka poczekała na niego, ale już przy tabliczce z 3 km wyszedłem na czoło grupy i znowu zaczęliśmy podkręcać tempo. Potem zmianę dał znowu Michał Rolbiecki, a w tym samym czasie zaczął odpadać Daniel, odczuwający skutki przeziębienia. Pechowo jednak dla prowadzącej 3 - czyli dwóch Michałów i mnie, na rozwidleniu dróg pomyliliśmy trasę! Na szczęcie Daniel i jeden z kibiców nas zawołali, więc jeszcze mieliśmy szansę się cofnąć i spróbować gonić Daniela, który niespodziewanie wyszedł na czoło. Szczerze mówiąc trochę wtedy spanikowałem, bo z 2 miejsca spadłem na 4... Postanowiłem nie poddawać się i szybko zerwałem się do odrabiania strat. Przed ostatnim podbiegiem byłem już na 3 pozycji. Ostatni podbieg oznaczał także spore zwężenie, które bardzo utrudniało wyprzedzanie, dlatego zaczęliśmy biec gęsiego. Jednak wtedy zaczął krzyczeć Trener mobilizując nas do mocnego zrywu. Z racji tego, że wciąż miałem sporo sił, zmieniłem rytm i postanowiłem biegnąc po krzakach wyprzedzać moich rywali. Dzięki temu udało się szybko wyrobić sporą przewagę, którą dowiozłem do mety. Czas może nie był rewelacyjny, ale było trochę przygód na trasie, a mocna i szarpana końcówka i tak dała mi się we znaki. Na drugim miejscu dobiegł Michał Czapiński, trzeci był Daniel. O dziwo, Michał Rolbiecki zakończył rywalizację dopiero na piątej pozycji.

            Po dwóch dniach odpoczynku na środę mieliśmy zaplanowany mocny akcent na stadionie. Okazało się, że mocne przetarcie w kolcach na stadionie bardzo przydało się podczas Mistrzostw Polski, bowiem tam trasa była szybka i płaska, wobec tego trzeba było przygotować nogi do dużych prędkości przelotowych. Nie zmienia to faktu, że środowy trening przypłaciłem zakwaszonymi łydkami, które puściły praktycznie dopiero w dniu startu. Czułem się jednak dobrze i byłem gotowy na rywalizację w krajowym czempionacie.

            Krakowska trasa przełajów była faktycznie bardzo szybka. Prowadziła ona po parkowej łączce, znajdowało się na niej zaledwie jedno niewielkie wzniesienie, a sama trasa nie była zbyt kręta. Wiedziałem, że taki profil będzie promował szybkich biegaczy, preferujących bardziej "stadionowy" styl biegania, czyli takich jak ja. Przed biegiem przyjąłem taktykę spokojnego przesuwania się w kierunku czoła biegu, bo spodziewałem się, że początek może być szybki, a chciałem uniknąć zbędnych przepychanek, które zwykle kosztują dużo sił, których w kluczowych momentach może zabraknąć. Bieg zacząłem w połowie stawki, jednak od razu zorientowałem się, że pewnie za wolno, bo wielu biegaczy na samym starcie mnie obiegło i zablokowało mój tor biegu. Przez to na pierwszych 300 m musiałem obiegać po zewnętrznej stronie, ale dzięki temu miałem z kolei otwarte pole do spokojnego i równego przesuwania się do czoła stawki. Powoli przeskakiwałem kolejnych wywali i w połowie stawki byłem już w pierwszej dziesiątce biegu. Na 3 km wyklarowała się już sytuacja, bowiem pierwsza trójka biegaczy sporo odskoczyła, a ja byłem bardzo blisko zawodników z pozycji 4 do 7. Wtedy też zaczęło się szarpanie tempa i ława zawodników biegnących za mną zaczęła lekko puszczać. Tuż na początku ostatniego koła Trener krzyknął mi, żebym zmienił rytm biegu, co bardzo pomogło mi przetrwać kryzys na ostatnim kole. Zwykle bowiem biegam długim stadionowym krokiem, który jest skuteczny, dopóki starcza sił. Potem niestety trzeba zmienić rytm i skupić się na jak najszybszym i aktywnym stawianiu stopy na ziemi po jej wybiciu z podłoża, dzięki czemu można utrzymać dobre tempo, a często nawet i przyspieszyć. Wtedy właśnie zacząłem walkę aby utrzymać się na plecach 6 zawodnika, co nie było łatwe, bo w pewnych momentach zaczynałem tracić do niego 2 - 3 metry. Jednakże w takiej sytuacji bardzo pomocnym okazało się to niewielkie wzniesienie, gdzie odrobiłem stratę do rywali. Ostatnie 400 metrów to walka o utrzymanie pozycji, wśród okrzyków znajomych i trenerów. Wydawało mi się, że mogę mieć jeszcze siły na ostatni zryw, jednak chciałem poczekać z nim do ostatniej chwili, żeby nie popełnić "falstartu", tak jak to miało miejsce w biegu w Gdyni... Na ostatnich 80 m do linek odgradzających trasę podbiegł Trener, dając sygnał do ataku. Mocno zmobilizowany znowu ruszyłem, wykładając wszystko co mam na ostatnie metry. Szybko wyskoczyłem na 5 pozycję, goniąc 4 zawodnika w stawce, a z drugiej strony broniąc się przed atakami miniętych przed chwilą rywali. Udało się! 5 miejsce na Mistrzostwach Polski Seniorów stało się faktem. Do 4 zawodnika straciłem 1 sekundę, ale warto zauważyć, że 1 sekundę za mną przybiegł kolejny zawodnik. Jak to zwykle bywa na krótkim dystansie - bardzo ciasno. Przed biegiem cieszyłbym się z miejsca w okolicach pierwszej "10", a okazało się, że dobiegłem w czołówce... Na marginesie muszę jednak przyznać, że do medalu zabrakło jakieś 16 sekund, więc tutaj już różnica była spora... Mimo wszystko uważam, że solidnie wykonana praca z Trenerem przyniosła dobre efekty, a forma na przełaje została trafiona w punkt, bo gaz przyszedł na główną imprezę. No ale tutaj to już zasługa Trenera Szałacha, ja musiałem tylko to pobiec.

            Trzeba zauważyć, że Daniel też ładnie pozbierał się po chorobie, bo ten sam bieg ukończył na 13. pozycji, przez większą część dystansu biegnąc bardzo blisko mnie. Nasz klub - LKB Braci Petk Lębork, zajął 4 miejsce w klasyfikacji drużynowej, co w mojej ocenie jest również dużym sukcesem.


            Podsumowując, bardzo udane zawody, na sam koniec jesiennego sezonu. Teraz nie zwalniamy kroku, bo już za cztery miesiące kolejne przełajowe Mistrzostwa Polski, a wcześniej - być może również z moim udziałem - także halowe. 

niedziela, 23 listopada 2014

Gonią Europę, Gonią Świat!

Cześć!

            Dzisiejszy wpis zawiera lokowanie produktu, a właściwie akcji - Gonimy Europę, Gonimy Świat! Akcja bezprecedensowa w światku biegowym, więc bardzo jej kibicuję, tym bardziej że wszystkich członków ekipy znam osobiście.

            W skład grupy trenera Karola Nowakowskiego wchodzi: Marta Krawczyńska, żona Karola - Dominika Nowakowska, Karol Kaliś i Andrzej Rogiewicz. Jest to grupa profesjonalnych biegaczy, która osiąga bardzo dobre wyniki na bieżniach i szosach Polski i nie tylko.

            Cel akcji Gonimy Europę, Gonimy Świat! jest prosty - zebrać pieniądze na przygotowania do przyszłego sezonu biegowego. Grupa aspiruje do wypełnienia minimów na Mistrzostwa Świata Seniorów, a także Młodzieżowe Mistrzostwa Europy. Zadanie z pewnością nie łatwe do wykonania, tym bardziej, kiedy nie posiada się odpowiedniego zaplecza (obozy, odnowa etc.)... Akcja zarejestrowana jest pod linkiem:


            Na powyższej stronie można dokonywać wpłat i w ten sposób pozwolić grupie treningowej na dalszy rozwój sportowy. Trzeba się spieszyć, bo do zakończenia zbierania pieniędzy pozostało tylko 26 dni! Ja już swoją cegiełkę dołożyłem.

            Muszę przyznać, że z dużą z dużą uwagę śledzę losy tej akcji. Z biegami w Polsce jest generalnie słabo, brakuje pieniędzy w szczególności dla młodych seniorów, którzy mogliby dalej się rozwijać, a zwyczajnie nie mają na to środków. Być może okaże się, że rozwiązanie zaproponowane w akcji Gonimy Europę, Gonimy Świat! przyjmie się w Polsce i stanie się katalizatorem do rozwoju dyscypliny? Na tę chwilę można jednak z całą pewnością powiedzieć, że jest to ciekawa alternatywa poszukiwania pieniędzy na rozwój sportowy - w tej akcji każdy może być sponsorem!

Poniżej także profil na facebooku, gdzie można śledzić postępy biegaczy:


środa, 12 listopada 2014

Ciężki bój w Biegu Niepodległości

Cześć!

            Wczoraj przypadał ostatni start na szosie w tym roku dla mnie, czyli Bieg Niepodległości w Gdyni. Biegi z cyklu GP Gdyni w Biegach Ulicznych cieszą się dużą renomą wśród zawodników czołówki Pomorza, jak i całej Polski, stąd na linii startu można zobaczyć wielu czołowych długodystansowców z naszego kraju. Tym razem również ekipa dopisała, więc można było liczyć na dobre wyniki i ciekawą rywalizację.
 
Przed startem (fot. Dorota Żaczek)
            Przed biegiem przyjąłem taktykę, aby pobiec spokojnie pierwsze 5 km, a potem jak będzie dobrze, mocno docisnąć. Wprawdzie nie biegałem żadnego treningu tempowego typowo pod 10 km, bo głównym celem na listopad jest start w Przełajowych Mistrzostwach Polski, ale w ostatnich tygodniach załadowaliśmy sporo siły i pobiegaliśmy po górkach, więc przed startem byłem względnie spokojny.

            Po wystrzale z "Błyskawicy" spokojnie wyczekałem na zawodników, z którymi mógłbym się załapać do grupy. Mój ostrożny start był zresztą ułatwiony, bo jak zwykle stałem w 2 linii - zawsze mnie zastanawia, po co dużo gorsi zawodnicy pchają się do pierwszej linii. Najpoważniejsze błędy popełnia się w pierwszych 3 - 5 minutach biegu, kiedy organizm jest jeszcze wypoczęty - tutaj łatwo o "ułańską fantazję", a tak naważone piwo przychodzi przełykać przez kilka ostatnich kilometrów biegu. Jednakże nikt nie zabroni nikomu poczuć, jak boli za szybkie otwarcie na 10 km, a boli i to bardzo.
 
Cała czwórka z którą wbiegałem na metę.
            Muszę jednak przyznać, że pomimo spokojnego początku, nogi mnie jakoś nie niosły, tym bardziej starałem się spokojnie, równym rytmem prowadzić swój bieg. Na 2 km udało się załapać do grupy z Danielem, Łukaszem, Michałem Czapińskim i Przemkiem Rulińskim. W takiej grupce biegliśmy przez jakiś czas, w bezpiecznej odległości za grupą z Karolem Kalisiem, Danielem Formelą i Łukaszem Oskierko. W tym czasie minęliśmy pierwszy podbieg, przy Janka Wiśniewskiego. Mimo ciężkich nóg, pokonałem go całkiem sprawnie. Nie czułem się tego dnia jednak zbyt dobrze, więc starałem się chować trzymając ogon i pilnując się, aby nie stracić kontaktu z grupą. Kolejny podbieg w okolicach 5 km nie był już dla mnie zbyt łatwy, odzyskałem kontakt z chłopakami dopiero u samego szczytu, na granicy wyznaczającej półmetek dystansu. Na zbiegu, który rozpoczynał się tuż za podbiegiem, wyszedłem przed grupę, dając sygnał, żeby podkręcić tempo. Sam nie wiem, dlaczego wtedy wyszedłem, bo już wcześniej miałem problemy z utrzymaniem tempa. Chyba chciałem sam siebie podbudować, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. W międzyczasie zaczęliśmy się zbliżać do w/w zawodników biegnących wciąż przed nami. Efekt był taki (wtedy już prowadził Daniel), że tuż u podnóża ul. Świętojańskiej, Łukasz, Daniel i ja, minęliśmy odpowiednio Karola Kalisia, Daniela Formelę i doszliśmy do Łukasza Oskierko. Jak nie trudno było się mi domyślić (w końcu trenujemy razem), Daniel wtedy właśnie ruszył, podkręcając tempo już na samym początku długiego podbiegu na Świętojańskiej. Po tym ataku zostałem na jakieś 10 m, ale zdawało mi się też, że Łukasz Oskierko zaczyna lekko puszczać. Jednakże doskonale zdawałem sobie sprawę, że jeśli teraz puszczę chłopaków, to będzie już dla mnie koniec zawodów. Zauważyłem, że chłopaki znowu zebrali się w grupę, zmusiłem się więc do jeszcze większego wysiłku i dzięki temu u szczytu podbiegu dołączyłem do biegnącej przede mną grupy. Przyznam, że obawiałem się, że wtedy chłopaki mocno ruszą w dół, na szczęście dla mnie tak się jednak nie stało - dzięki temu miałem choć chwilę na złapanie oddechu, przed ciężkim fragmentem na deptaku nadmorskim. Na płaskim, ostatnim fragmencie już nie było zmiłuj (jakby wcześniej było...). Ostatnie 1,5 km do mety to ciągłe tasowania i próby gubienia grupy - w tych atakach przodował Daniel. Dla mnie ostatni kilometr to była droga przez mękę. Kompletnie wypruty z sił, a rywale wciąż podkręcali tempo. Wiedziałem, że nie mogę stracić do Daniela więcej niż 20 sek., bo wtedy to on wyprzedzi mnie w całym cyklu GP. Zacisnąłem więc zęby i mimo ok. 10 metrowej straty trzymałem tempo narzucane przez chłopaków. Po skręcie w prawo i zmianie nawierzchni na kostkę brukową, zaważyłem, że ostateczny atak przeprowadzają imiennicy - Łukasz Gurfinkiel i Łukasz Oskierko. Daniel ewidentne odpadał. Wtedy poczułem krew i instynktownie również zerwałem się do ostatecznej szarży. Szczerze mówiąc liczyłem, że Daniel się już z tego nie podniesie. Niestety wypracowana w szybkim czasie przewaga nie wystarczyła, aby zniechęcić Daniela do dalszego finiszu. Mnie energii starczyło do ok. 20 metrów do mety. Wtedy już (a raczej dopiero!) kompletnie opadłem z sił, dając się wyprzedzić przez biegnącego do końca Daniela. Po przekroczeniu mety byłem kompletnie nieprzytomny. Trzeba jednak przyznać, że cała nasza czwórka w tym biegu dała z siebie wszystko - dobre tempo na dystansie, próby gubienia rywali i sprinterska walka do końca.
 
Pozornie duża przewaga.
            Warto nadmienić, że w biegu mimo międzynarodowej obsady, całe pudło zostało zajęte przez Polaków, nie mogło być jednak inaczej skoro startowali Łukasz Kujawski, Emil Dobrowolski i Marek Kowalski - aktualnie cała trójka to ścisły top w naszym kraju. Wygrał niezawodny w tym roku Łukasz Kujawski - gratulacje!
 
Jak widać, do mety było jednak jeszcze daleko...
            Kiedy emocje trochę opadły, musiałem przyznać przed samym sobą, że bieg w moim wykonaniu też był całkiem udany. Czas może nie powala - 31:47, ale osiągnięty po bardzo dużej walce z samym sobą - wiele razy w tym biegu traciłem kontakt z grupą, powracałem i znowu odpadałem. No i cierpiałem niesamowicie. Ale nie poddałem się i z tego jestem bardzo zadowolony. Wprawdzie przegrana na ostatnich metrach z Danielem jest małym zgrzytem, ale dałem z siebie na tym biegu 100 %, więc i nie mogę też mieć do siebie o cokolwiek specjalnych pretensji.
           
Dekoracja. Zmęczony, ale zadowolony.


            W tym miesiącu czekają mnie jeszcze 2 starty przełajowe - w Gdyni w ramach cyklu City Trial i na wspomnianych Mistrzostwach Polski. Na szczęście już na krótszych dystansach. Myślę, że po takim przetarciu jakie sobie zafundowałem w Biegu Niepodległości o moje nastawienie do startów i formę mogę być spokojny.