niedziela, 19 października 2014

Odbudowa - misja ukończona!

Cześć!

            Mijający weekend znowu upłynął mi pod znakiem startów zarówno w sobotę, jak i w niedzielę. Po tych dwóch biegach mogę powiedzieć, że forma z pewnością rośnie i biega mi się coraz lepiej.

            W sobotę udałem się na zawody do Lęborka, w ramach GP Lęborka w biegach przełajowych. Muszę przyznać, że lubię tam startować, mimo że tak naprawdę miałem tam tylko jeden udany start... Jednakże bieganie po trzech, niezbyt (jak na przełaj) wymagających pętlach powoduje, że zawsze chętnie tam przyjeżdżam. Żałuję jednak, że nie można tam założyć kolców, bo dzięki temu można by było rozwinąć znacznie lepsze prędkości.
 
Na mokrej trawie przydałyby się kolce...
            Tym razem na starcie pojawili się Błażej Król oraz Radek Stankiewicz, a także wracający do biegania Sebastian Wąsicki. Niestety okazało się, że intensywnie startujący we wrześniu i na początku października Błażej (min. w przełajowym biegu o Nóż Komandosa, gdzie był drugi) powoli szykuje się do roztrenowania. Wobec tego pierwsza część dystansu przebiegła bardzo spokojnie. Jednak nie chciałem, aby start był tylko mocnym rozbieganiem, więc w połowie dystansu odłączyłem się od biegnących ze mną Błażejem i Radkiem, dyktując równe i mocne tempo. Bieg ukończyłem w dobrym zdrowiu, więc liczyłem na to, że takie pobudzenie dobrze mi zrobi przed planowaną ciężką przeprawą w dniu następnym.
 
Finiszowe metry.
            W niedzielę z kolei zaplanowany był pierwszy bieg z cyklu City Trial Trójmiasto (poprzednio: Z Biegiem Natury), gdzie wiedziałem, że nie będzie lekko, bowiem na starcie miał stanąć Łukasz Gurfinkiel, a być może inni mocni biegacze w osobach Michała Czapińskiego i Daniela Formeli. W poprzednim tygodniu wszyscy trzej stanęli na starcie biegu w Sopocie, a tam udało mi się wygrać zaledwie z Michałem, ale i tak moja przewaga nie była zbyt duża. W szczególności wiedziałem, że Łukasz jest w dużo lepszej formie ode mnie, na co wskazywał bieg w Sopocie, jednak przed biegiem nigdy nie zakładam porażki, podszedłem więc do tego startu z przekonaniem, że będę musiał dać z siebie 100 % aby nawiązać równą walkę - psychicznie byłem nastawiony na ciężką przeprawę. Przed biegiem także starannie zaplanowałem taktykę i liczyłem, że okażę się na tyle mocny, aby zrealizować przyjęte założenia.
 
Bieg ukończyło więcej osób - rywale poszli na wybieganie :P
            Start ruszyłem bardzo spokojnie, czając się na 3 pozycji. Wiedziałem, że na tak krótkim dystansie Łukasz będzie musiał ruszyć od samego początku, bo jest mocniejszy ode mnie na dystansie, a ja z kolei mam szybszy finisz. Zakładałem więc, że Łukasz będzie chciał uniknąć krótkiego finiszu i zaplanuje ucieczkę na długo przed metą. Na pierwszym kilometrze znajduje się bardzo mocny, selektywny podbieg, na którym Łukasz podyktował mocne tempo, więc w czołówce pozostałem tylko z prowadzącym bieg oraz Michałem. Na wypłaszczeniu, w okolicach 1,5 kilometra postanowiłem wysunąć się na prowadzenie, pokręcając tempo. Dzięki temu że zaatakowałem tuż za końcem podbiegu, szybko oddaliłem się od rywali, powiedziałbym nawet, że zbyt szybko i zbyt łatwo. Jednak po 500 m Łukasz dołączył do mnie, a Michał też nie był zbyt daleko. Potem, tuż po przebiegnięciu 3 km na trasie znajduje się długi i mocny zbieg, który zawsze sprawia mi dużo problemów. Na tym zbiegu Łukasz wypracował nade mną sporą, ok. 20 m przewagę, a i Michał zaczął niebezpiecznie blisko się do mnie zbliżać. Postanowiłem drugą część zbiegu pobiec bardziej agresywnie, dzięki czemu 100 m po zakończonym zbiegu udało mi się dogonić Łukasza. Zaraz potem zaczął się kolejny podbieg, na którym wiedziałem, że Łukasz zaatakuje. Starałem się z całych sił nie zostać z tyłu i to się udało, chociaż czułem, że kosztowało mnie to dużo sił - na szczęście to samo mogę powiedzieć o rywalu. Zaraz potem objąłem na chwilę prowadzenie, ale Łukasz przeprowadził kontrę, na którą myślałem już, że nie dam rady odpowiedzieć. Szybko wyrobił sobie ok. 10 - 15 metrów przewagi, jednak udało mi się całkowicie nie stracić kontaktu. Potem był znowu krótki i intensywny zbieg, gdzie znowu postanowiłem pójść agresywnie, nie dając się zgubić. Kiedy wybiegliśmy na ostatnie 400 m, mimo mocnego zmęczenia, udało mi się zmienić rytm na mocniejszy i dzięki temu błyskawicznie dogoniłem lidera biegu, a potem szybko wyrobiłem sobie bezpieczną przewagę, którą nie oddałem już do mety. Czas 17:03 to chyba mój najszybszy bieg tutaj, tylko o 3 sekundy wolniejszy od rekordu trasy, który ustanowił w zeszłym sezonie Łukasz.

            Na spokojnie oceniając, to kluczem do sukcesu okazały się zbiegi, na których nie straciłem zbyt dużo. Dzięki temu byłem dość blisko, aby móc przeprowadzić skuteczny finisz. Inną sprawą jest to, że dzięki ostatnim startom, bardziej lub mniej udanym, zdecydowanie lepiej czuję się na ostatniej części dystansu, nie "przytyka" mnie, dzięki czemu mogę wykrzesać z siebie reszki pokładów energii. Dzisiaj wszystko zagrało tak jak należy, z czego byłem bardzo zadowolony.

            Podsumowując - dwa biegi, dwa zwycięstwa. W szczególności jestem zadowolony ze znacznego wzrostu formy, mogę więc nieśmiało powiedzieć, że mój plan odbudowy formy startami się powiódł. Teraz mogę spokojnie i w dobrym nastroju rozpocząć przygotowania do przełajowych Mistrzostw Polski, które odbędą się na koniec listopada. Już w następną sobotę pierwszy trening na krosie, więc lekko nie będzie. Podbudowany jednak ostatnimi wynikami, z pewnością dużo łatwiej będzie się znosiło ciężkie akcenty na treningach.


            

sobota, 18 października 2014

Brooks T7 Racer - recenzja

Cześć!

            Ten wpis będzie dotyczył kolejnych zajęć z towaroznawstwa. W czerwcu udało mi się dokonać zakupu dwóch par butów biegowych. Teraz jest październik, trochę kilometrów już w obu parach już przebiegłem, pora więc na małe podsumowanie.

            Na pierwszy ogień pójdzie but startowy Brooks'a - T7 Racer. Na wstępie muszę przyznać, że dużą uwagę przywiązuję do butów w których biegam. W momencie zakupu przymierzam wszystkie dostępne buty danej kategorii (np. startowe), co istotne przymierzam obuwie każdej firmy. Dzięki temu mam pewność, że zawsze dokonałem wyboru najlepszego w danej chwili modelu. W czasie kiedy szukałem startówek przymierzyłem między innymi kilka par Asicsów (np. model Tarhter), Nike'ów (popularny model "Streak"), a także startówki Adidasa na podeszwie Boost. Niestety wszystkim modelom czegoś brakowało. Jedynym butem, który byłem gotowy kupić - zanim oczywiście nie przymierzyłem butów Brooks'a - był Nike Streak LT 2 - oba modele są bardzo do siebie podobne. Jednakże jeśli chodzi o Nike to nie było rozmiaru - przymierzałem trochę większe. Kiedy zaś przymierzyłem model T7 Racer, od razu stwierdziłem, że to jest właśnie to!

            W T7-ce urzekła mnie w szczególności lekkość oraz duże czucie podłoża. W szczególności jeśli chodzi o śródstopie, tutaj podeszwa jest bardzo cienka, dając dużo swobody w aktywnej pracy stopy, co lubię. Ponadto zwracałem uwagę na to, aby podeszwa nie miała otwartych paneli w podeszwie, bo moje poprzednie startówki Adidasa niestety takowe posiadały, co było dużym minusem kiedy trzeba było biegać po lesie (zaklinowane w podeszwie szyszki), choć raz zdarzyło mi się, że kamień leżący na asfalcie "przyczepił" mi się do podeszwy.
           
            But Brooks'a nie ma takich mankamentów, co poczytywałem na plus. Drugą rzeczą na jaką zwróciłem uwagę to niska waga - but według danych producenta waży ok. 180 gramów, ważąc "na rękę" wydawał się lżejszy od konkurencji (no może poza Asics Piranha). Niską wagę osiągnięto prawdopodobnie dzięki syntetycznym i bardzo delikatnym materiałom - inne startówki sprawiają wrażenie bardziej żywotnych, bo wykonanych z mocniejszych i grubszych materiałów. Myślę jednak, że nie o to chodzi w butach startowych, jestem tylko ciekaw czy ten model wytrzyma rok startów, ale to czas pokaże - póki co jest wszystko dobrze.
 
Designerskie wykonanie modelu T7 (pierwsze od lewej). Jak widać kolejną zakupioną przeze mnie parą butów był Adidas Supernova Glide Boost 6 - recenzja wkrótce!
            Brooks T7 Racer bardzo dobrze sprawdza się zarówno do biegów ulicznych. Tutaj jest jednak mały zgrzyt, bo buty nie trzymają się najlepiej na mokrej nawierzchni, to w czasie jesiennych startów może być dokuczliwe. W tym miejscu muszę jednak zaznaczyć, że biegałem w nich również biegach przełajowych po leśnych duktach i tam także trzymały się naprawdę dobrze. Wydaje mi się, że quasi przyssawki które widziałem w modelach Asicsa i Nike Streak LT lepiej bronią się, kiedy asfalt jest bardzo mokry.

            Dużym plusem T7 jest lekka i bardzo dobrze oplatająca nogę cholewka. Asymetryczne wiązanie potęguje uczucie dobrze przylegającego do nogi buta. Dzięki temu można w pełni wykorzystać możliwości tego modelu, czyli dobre czucie podłoża i możliwość aktywnej pracy stopy w czasie biegu.


            Omawiany but z pewnością mogę polecić szybkim i dobrze fizycznie przygotowanym do biegania zawodnikom, na dystansach do 10 km. Obawiam się, że dłuższe biegi mogą nie wyjść użytkownikowi na dobre, gdyż konieczność aktywizacja mięśni stopy w tych butach, przy dłuższych biegach może powodować duże napięcia w łydkach. Muszę przyznać, że ja sam po mojej pierwszej dyszce w tych butach miałem twarde łydki i bolące łydki, mimo że byłem obiegany i w trakcie sezony startowego. Mimo jednak "trudnych" początków o których wspomniałem, teraz bardzo chętnie w nich biegam, zarówno na treningach interwałowych lub tempowych, krótkich i szybkich trasach na zawodach, jak i na koronnym dla mnie dystansie 10 km. Moja ocena od 1 do 6 (1 to totalna klapa, 6 to niedościgniony ideał): 4+

niedziela, 12 października 2014

Pracowity weekend

Cześć!

            Ten weekend był dla mnie bardzo pracowity jeśli chodzi o bieganie. Jak już wcześniej pisałem, wrzesień był dla kompletnie nieudany jeśli chodzi o bieganie - brakowało treningów, za to miałem dużo przerw spowodowanych kontuzjami i chorobami. Niestety już wiadomo, że odbiło to się na mojej biegowej formie, a w zasadzie jej brak. Kto budował formę ten zapewne wie, że wymaga ona kilku tygodni intensywnych ćwiczeń, wliczając w to biegi tempowe, interwały, siłę itp. Ja w chwili obecnej nie mam tyle czasu, bo pod koniec listopada jedziemy z klubu na przełajowe Mistrzostwa Polski, więc wypadałoby w tym czasie prezentować dobry poziom sportowy. Nie ukrywam, że jesień to jest także czas, "żniw" na szosie, kiedy startów jest dużo, można trochę zarobić, no i nie brakuje szybkich biegów w dobrej obsadzie, aby spróbować powalczyć o nowy rekord życiowy.
 
W niedzielę na starcie było ciasno...
            Wiedząc to wszystko, postanowiłem pójść trochę na skróty - wciąż nie powinienem biegać zbyt wielu km ze względu na kontuzję lewej stopy (prawdopodobnie w tym tygodniu będę zaczynał rehabilitację), więc podjąłem decyzję o zwiększeniu ilości startów, do 2 w ciągu jednego weekendu. Mam nadzieję, że dzięki temu będę w stanie wskoczyć na wyższe obroty, aby jeszcze pod koniec października pobiegać jeszcze kilka mocniejszych treningów i w ten sposób spróbować się odbudować.

            W sobotę pojechałem do Kościerzyny. Muszę przyznać, że ta impreza należy do jednej z moich ulubionych. 5 kilometrowa, szybka trasa i płaska trasa po wahadle. Co ciekawe, ze względu na towarzyszące biegi dzieci, na jezdni są narysowane kreski i podane są odległości do mety, co ułatwia przeprowadzanie finiszowych ataków. Zwykle na biegu staje mocna ekipa, a tempo jest zawsze bardzo mocne.

            W tym roku na starcie pojawili się min. Dawid Klaybor, Tadeusz Zblewski, Błażej Król. Od początku prowadzenie objął Dawid, który im dłużej trwał bieg, tym bardziej przyspieszał. Tego dnia postanowiłem nie patrzeć na czas (biegłem bez zegarka), tylko jak najdłużej utrzymać plecy mocniejszych rywali. Sił zaczęło brakować w okolicach połowy dystansu, wtedy też zwolniłem i dałem się wyprzedzić Błażejowi. Liczyłem, że uda mi się wygrać dzięki szybkiej końcówce, jednak zmęczony poprzednimi stratami Błażej dał mi sygnał, żebym biegł swoje, także ostatnie 600 m przebiegłem znowu w dobrym tempie. Po starcie czułem zmęczenie w nogach, bo tak szybko jak w Kościerzynie, ostatnio biegałem chyba na treningach w sierpniu. Z optymizmem patrzyłem więc na start niedzielny, czyli 10 km ulicami Sopotu.

            W Sopocie na starcie stanęła również bardzo mocna ekipa, w tym wielu medalistów Mistrzostwo Polski i Europy. Niestety okazało się, że do samego biegu podszedłem zbyt optymistycznie. Pierwszy km przebiegłem tuz za pierwszą grupą, czas w okolicach 3:00/km. Już wtedy poczułem, że jest za szybko, a porządnie rozkręcone nogi po wczorajszym biegu nie niosą, a zaczynają się gotować. Sił na dobre tempo starczyło do 3 km, za którym wyprzedził mnie Łukasz. Postanowiłem nie poddać się bez walki i usilnie starałem się przykleić do jego pleców, niestety na darmo. Już przed 5 km miał nade mną sporą przewagę, którą powiększał aż do 6 km. Wtedy nogi lekko puściły, dzięki temu byłem w stanie podjąć walkę o utrzymanie w miarę niezłego tempa. Tak sytuacja wyglądała aż do 9 km, kiedy to niebezpiecznie blisko do mnie zbliżył się Michał Czapiński. Wtedy ponownie zebrałem się w sobie i jeszcze przyspieszyłem, i dzięki temu obroniłem 9 pozycję. Wynik 32:30 nie powala, ale patrząc na to co przez ostatnie 6 tygodni trenowałem, myślę że nie ma tragedii.
Tuż po zakończonym biegu.


            Kolejne tygodnie pokażą, czy mój plan się powiedzie, a więc czy mocne przetarcia pozwolą mi w listopadzie chociażby zbliżyć się do rekordu życiowego na 10 km. Wszystko co potrzeba, jest jednak jak zwykle w głowie i w nogach.

poniedziałek, 6 października 2014

(Bardzo) powoli do przodu

Cześć!

            W tym tygodniu powoli zacząłem ruszać się po tygodniowej przerwie spowodowanej kontuzją stawu skokowego. Na marginesie muszę przyznać, że z nogą dalej nie jest ok., jednakże dopiero w środę okaże się czy to coś poważnego, bo mam umówioną wizytę u lekarza ortopedy...
 
fot. Tomasz Drop
            Ale wracając do treningów. Przez pierwszą część tygodnia powoli się rozpędzałem, zrobiłem dwa krótkie wybiegania. W środę postanowiłem już zrobić pierwszy zakres. Wyszło 10 km na tempie średnim ok. 3:39, poszło całkiem lekko. Kolejny zakres przebiegłem w piątek, tym razem 12 km już szybciej i co ciekawe, biegło się jeszcze lepiej. W sumie gdyby nie obawa o bolącą nogę, mógłbym biec spokojnie jeszcze więcej kilometrów. W odniesieniu do zakresu (kiedyś już pisałem), to dla mnie jest to bardzo bezpieczna jednostka treningowa, która pozwala na szybkie wprowadzenie się do szybszych treningów, co w tym wypadku postanowiłem wykorzystać.



            Na niedzielę natomiast umówiłem się z chłopakami na sesję interwałową. We wrześniu nie przebiegłem żadnego długiego treningu tempowego, ale 400 m odcinki na dosyć krótkiej przerwie muszą wystarczyć. Było całkiem spoko, jednak weryfikacja mojej formy przyjdzie w weekend, kiedy mam nadzieję, że będę mógł trochę postartować. O ile lekarz nie zarządzi przymusowej i kolejnej przerwy od treningów i startów. Jak na razie pozostaję jednak dobrej myśli.

czwartek, 2 października 2014

Druga strona medalu

Witam!

Dzisiaj nadszedł dzień na mój pierwszy felieton, opisujący „drugą stronę medalu” biegania, czyli jak na pasję partnera zapatruje się jego druga połówka. A bywa różnie…

            Osobiście staram się jak najczęściej „uczestniczyć” w zawodach, w których bierze udział Oskar. Na początku jeździłam na każde zawody, w celu robienia zdjęć, co z czasem musiało ulec zmianie ze względu na ich dużą częstotliwość. Gdy pojawiałam się jako jedna z nielicznych osób towarzyszących żartobliwie zostałam nazwana Panią Menadżer (co nie ukrywam jest bardzo miłe) chociaż bardziej pasuje określenie pomocnego zaplecza technicznego J Jak to często bywa zawody odbywają się najczęściej w weekendy, więc nie raz trzeba wcześnie wstać, jechać i wyjąć kilka godzin z rozkładu dnia. Niestety bardzo często weekendowe zawody wiążą się z rezygnacją z innych planów,  nie bardzo można sobie pozwolić na wieczorne wyjście dzień przed zawodami, ale nawet zwykła wieczorna kolacja przed startem musi być odpowiednio dobrana. Zwykle trzeba zapomnieć o tłustym pysznym Fast foodzie, bo jak tu jeść samemu, kiedy druga osoba zajada się zdrową pełną warzyw kanapeczką…. Co do samych zawodów to nie raz i nie dwa czeka się kilkanaście, a nawet i kilkadziesiąt minut na ich rozpoczęcie. Wiadomo, najpierw trzeba przyjechać, zapisać się, odebrać pakiet i czekać, czekać, czekać….. Z punktu widzenia biegacza oczywiście to tak źle nie wygląda, bo trzeba doliczyć czas na rozgrzewkę, zaliczenie tzw. posiedzenia, kilka przebieżek, rozciąganie zapoznanie się z trasą oraz  rywalami itp. Jeżeli bieg rozgrywa się w jakimś większym miesicie to oczywiście można jako towarzysz biegacza znaleźć sobie ciekawe zajęcie np. zwiedzanie miasta, ale co zrobić, gdy mamy do czynienia z biegiem w środku lasu, gdzie nie ma nawet ławki żeby usiąść i czekać na naszego sportowca ? 
Niestety to jest ta ciemna strona wyjazdów na zawody, gdzie niekiedy trzeba po prostu  koczować w samochodzie. Istotna jest także pogoda w dniu zawodów, gdzie podczas towarzyszenia Oskarowi na zawodach zdarzało mi się kibicować przy temperaturze – 15 stopni, ale także + 30. Nie jest to łatwe stać jednego dnia w pełnym słońcu, a następnym razem  w okropnym wietrze :)  Do minusów towarzyszenia podczas zawodów (chociaż z punktu widzenia biegacza jest to ogromny plus) należy zaliczyć trzymanie rzeczy których biegacz pozbywa się przed startem. W przypadku Oskara najczęściej jest to cały zestaw rzeczy, który powiększa się na kilka minut przed samym startem (co jest niezwykle denerwujące i niekiedy podnoszące mi mocno ciśnienie, gdyż słysząc słowa spikera, że zostało 5 minut do startu szukam najczęściej wzrokiem Oskara, który w tym czasie się rozciąga, robi przebieżki i ani myśli się przebrać w strój startowy :p ). warto zaznaczyć, że na większych imprezach, gdzie zbiera się większa ekipa np. z tzw. „Szałach Teamu”, z jednego małego plecaczka robi się kilka większych i tak trzeba jednocześnie kibicować, trzymać rzeczy, robić zdjęcia i pilnować kto pierwszy ze znajomych przekracza linie mety żeby jak najszybciej oddać mu tzw. depozyt :).


Jednakże trzeba  przyznać, że niewątpliwie nawet największy ciężar i dyskomfort z tym związany zostaje zrekompensowany podczas dekoracji zwycięzców, gdzie na podium staje ktoś z ekipy którą się dopingowało, a tym bardziej kiedy na podium staje Oskar :).
Autor: Dorota Żaczek

sobota, 27 września 2014

Pechowy wrzesień

Cześć!

            Tuż po niedzielnym starcie w Rumi, w poniedziałek postanowiłem zrobić lekkie, 14 km wybieganie. Zamiast do lasu tym razem wybrałem się na drogę biegnącą z gdańskiej Przeróbki na Westerplatte. W drodze powrotnej nieostrożnie postawiłem stopę na krawężnik, wskutek czego po przybiegnięciu do domu zobaczyłem dużą "bombę" na wysokości kostki od wewnętrznej strony stopy.


            Co ciekawe, w czasie biegu nie czułem bólu. A właściwie to czułem, ale zbagatelizowałem to, bo już wcześniej odczuwałem w tym miejscu bolesność, prawdopodobnie spowodowaną przeciążeniem związanym powrotem do regularnego biegania po nieregularnym bieganiu w Turcji i przerwie w czasie przeziębienia. Niestety w poniedziałek zrobiłem mój jedyny trening w tym tygodniu. Noga wprawdzie wygląda już dużo lepiej, ale mimo stosowanych leków wciąż od czasu do czasu ból, a ponadto opuchlizna nie do końca zeszła.


            Ciekawe jest to, jak szybko można stracić cały miesiąc pracy wykonanej w sierpniu... W tym momencie jestem ewidentnie pod formą, a przerwa spowodowana kontuzją z pewnością nie wpływa pozytywnie na poziom sportowy. Wygląda na to, że październik upłynie mi na staraniach odbudowania się po kiepskim i bardzo pechowym wrześniu...

czwartek, 25 września 2014

Nie tylko fotograf, ale i reporter …….

      Dnia 21.09.2014 wybraliśmy się na bieg do Rumi na XXX Bieg Pokoju. Miał to być tzw. „cichy bieg”, aczkolwiek na miejscu okazało się, że nie będzie on taki cichy ponieważ na starcie stawili się Andrzej Rogiewicz, Tadeusz Zblewski, Błażej Król oraz Łukasz Wirkus. Należy wspomnieć, że organizacyjnie bieg w Rumi trzyma wysoki poziom. Start i meta na stadionie miejskim, gdzie z trybun można swobodnie oglądać zmagania zawodników na trasie jest ogromnym plusem. Biegowi głównemu seniorów towarzyszą biegi dzieci co stanowi dodatkową atrakcje. Sam program imprezy został ustalony w ten sposób, że na początku odbywa się bieg główny następnie biegi dzieci i w międzyczasie odbywa się dekoracja, jest to niezwykle ułatwienie, a zarazem korzystne rozwiązanie dla biegaczy którzy nie muszą czekać na zakończenie całej imprezy.

      Zawody z drobnym opóźnieniem rozpoczęły się o godzinie 11:40 na dystansie 6 km, poprowadzonym za pomocą 1 km pętli. Na pierwszym okrążeniu uplasowała się 13 osobowa ekipa prowadząca, która z każdym kolejnym okrążeniem się rozciągała. Oskar znajdował się w czołowej piątce na zmianę zajmując od 3 do 5 miejsca. Na dwa okrążenia przed końcem można już było śmiało powiedzieć, że wygra Andrzej Rogiewicz, który zostawił w tyle resztę biegaczy, zaraz za nim biegł Tadeusz Zblewski następnie Błażej Król i Łukasz Wirkus, na 5 miejscu zaś znajdował się Oskar, któremu niestety nie starczyło siły żeby dogonić Łukasza Wirkusa i ostatecznie zakończył bieg na miejscu 5. Bieg moim zdaniem należy zaliczyć do udanych startów, które pozwalają na sprawdzenie się z mocniejszą ekipą, z którą można się pościgać, aczkolwiek zawsze pozostaje niedosyt, gdy nie można dogonić kogoś z kim wcześniej zazwyczaj się wygrywało. Może to brak odpowiedniego przygotowania, może brak świeżości, a może po prostu kolejna lekcja, że wszystko to siedzi w naszej głowie i trzeba się odblokować…..



Ps. A to kolejny przyjemny akcent zorganizowanych imprez biegowych, od 2:02 - relacja z imprezy w telewizji TTM:

http://www.telewizjattm.pl/serwis-sport/2014-09-22/30734-xxx-bieg-pokoju-w-rumi.html?play=on

Autor: Dorota Żaczek

wtorek, 16 września 2014

Biegacz - Turysta w Turcji

Cześć!

W ostatnim tygodniu spędziłem czas na wakacjach, stąd też wpis na ten temat. Wakacje to czas, kiedy bardzo ciężko jest zmobilizować się do realizacji planu treningowego, jednakże szkoda jest utracić formę, którą się w pocie czoła budowało.

Niestety, już na wstępie można śmiało powiedzieć, że Turcja – bo tam odpoczywałem – nie jest idealnym miejscem do uprawiania biegania.

Przede wszystkim pogoda. W miarę znośne warunki pogodowe do biegania panują tak naprawdę po zmierzchu. Idealnym czasem na wykonanie treningu jest czas od ok. 20 do 7:30. W tym czasie temperatura "spada" do ok. 26 – 27 stopni. Tuż po brzasku od razu temperatura rośnie do ok. 30 stopni, aby w ciągu dnia podbić się jeszcze o kilka kresek. Wprawdzie u nas np. tego lata także było bardzo ciepło, ale w Polsce zawsze można schować się do lasu, gdzie cień i wiatr ratują trochę całą sytuację. W Turcji niestety nie ma tak lekko. Nie ma tutaj roślinności przynoszącej chłód – okoliczna roślinność to niskie krzewy lub osty, nie rośnie trawa, więc wszystko unosi się w kurzu. To potęguje uczucie ciepła, które jest o wiele większe, niż w Polsce przy tej samej temperaturze. Ochłody nie przynosi też bryza znad morza. Co ciekawe, w hotelu gdzie mieszkaliśmy, sztucznie utrzymywana jest zielona roślinność i trawa. Dzięki mimo dużego ciepła, jest tam względnie znośnie. Niestety w hotelu biegać się nie da, trzeba i tak wyjść poza obiekt.

Kolejnym problemem jest brak dobrego miejsca do biegania w tym kraju. Drogi są kiepskiej jakości, często trudno jest gdzie kończy się asfalt, a gdzie zaczyna się miękkie pobocze. Dodatkowo, Turcy dosyć swobodnie podchodzą do jazdy swoim torem drogi – często jadą pod prąd, albo np. na 2 pasmowej drodze autobus jedzie środkiem drogi, natomiast osobowe samochody i motory jadą miękkim poboczem... Mimo to wydaje się, że pobocza drogi są chyba najlepszym miejscem do biegania. Są wprawdzie polne drogi, jednakże mają one swoje istotne mankamenty. Po pierwsze, są one dosyć krótkie i często kończą się niespodziewanie. Nawierzchnia też nie sprzyja rozwijaniu dużych prędkości – jest dużo ostrych kamieni, które gęsto wyrastają z twardej i piaszczystej, nieutwardzonej drogi. Ponadto, jest jeszcze kolejny problem, na który również ja sam natrafiłem – w Turcji pełno jest bezdomnych psów. Żerują one głównie przy osadach miejskich i w samych miastach, jednak ja miałem nieprzyjemność spotkać agresywnego czworonoga na polnej drodze, tuż przy starej i niezamieszkanej nieruchomości. Na szczęście dla mnie, psa nie zobaczyłem, tylko usłyszałem jego agresywne szczekanie (pewnie z pustego budynku) – od razu zrobiłem tył zwrot i w nogi do najbliższego skupiska ludzi. Skończyło się bez szwanku, mimo to bieganie po bezdrożach to jest jednak spora niewiadoma, czy nie zostaniemy pogryzieni.

W ciągu 6 dni pobytu wykonałem 4 jednostki treningowe, w tym 2 krótkie wybiegania, a także zabawę biegową 15 x 30' na przerwie 2 ', a także serię podbiegów pod ostrą ok. 250 m górę. Świadomie zdecydowałem się na wykonanie krótkich i intensywnych akcentów. Od początku pobytu wiedziałem, że zrobienie kilkunastu km II zakresu będzie niewykonalne, gdyż nawet wybiegania nie przychodzą tutaj tak łatwo jak w Polsce.


Dodatkowo, w czasie podróży powrotnej przeziębiłem się, bo w nocy po powrocie dostałem temperatury, a także zaczęło boleć mnie gardło i leciało mi z nosa. Z tego powodu nie dość, że musiałem zrobić przymusową przerwę od biegania, to jeszcze zdecydowałem się zrezygnować ze startu w biegu Westerplatte. Od tego tygodnia jednak trzeba będzie znowu wrócić do treningu i odnaleźć formę, która pewnie gdzieś zaginęła między Turcją a Polską...  

wtorek, 2 września 2014

52. Bieg Westerplatte, czyli luźna refleksja o bieganiu i podatkach

Cześć!

            Jeszcze w lipcu postanowiłem, że w połowie września wystartuję w Gdańsku w ramach 52 biegu Westerplatte. W Gdańsku mieszkam już od wielu lat, więc zawsze chętnie korzystam z okazji aby wystartować w moim mieście.

            Aspekty sportowe nie będą w tym wpisie jednak poruszane. Wg. regulaminu zapisy miały trwać do 28 sierpnia. Ok, zapisałem się odpowiednio wcześniej, aby nie mieć potem kłopotów z wystartowaniem. Wprawdzie organizator pozostawił sobie furtkę, że może dopuścić do startu zaproszonych gości, jednakże dla po 28 sierpnia nie ma już możliwości dogłoszenia się w sposób "oficjalny".

            Kiedy jednak na początku tego tygodnia zerknąłem na listę startową wprost oniemiałem! JEDENASTU zawodników z Kenii na liście startowej!!! W tym miejscu muszę zaznaczyć, że zgodnie z regulaminem wszystko jest ok, ale jakoś ciągle z tyłu głowy kołacze mi, że oto mamy tutaj zagrywkę nie fair. Poniżej postaram się ubrać w słowa i opisać moje dziwne uczucie i znaleźć przyczynę takiego stanu umysłu.

            W pierwszej kolejności trzeba zaznaczyć, że mamy do czynienia z imprezą masową, o charakterze sportowym, co ważne, organizowaną przez jednostkę budżetową Miasta Gdańska - MOSiR Gdańsk. Oznacza to wg. mnie tyle, że aspekt sportowy nie jest tutaj najważniejszy, więc ja nie widzę sensu aby dawać możliwość "zaproszenia" eksportowych gości, których renoma jest dosyć powszechnie poddawana w wątpliwość. Dlaczego poddawana w wątpliwość? Przykład - Bieg Ursynowa, czyli bardzo dobrze płatny bieg na 5 km - ani jednego Kenijczyka! Ciekawe czy to z powodu przeprowadzania losowych kontroli antydopingowych wśród zawodników 1 - 6... A tymczasem w Gdańsku, gdzie są tylko 3 nagrody, wystartuje ich aż jedenastu (w regulaminie brak zapisu o antydopingu - przyp. autora)! Hmmm...  Kolejna impreza, gdzie warunkiem odbioru nagrody jest pozytywne przejście kontroli antydopingowej będzie bieg w Sopocie 12 października. Zobaczymy ile tam wystartuje Kenijczyków i mam na myśli tych, którzy masowo startują w Polsce. Przeczuwam, że tłumu nie będzie...

            Wracając jednak do gdańskiego MOSiR-u... Skoro bieg ma promować bieganie, jako podstawową formę aktywności, a także (!) 75. rocznicę obrony polskiego wybrzeża we wrześniu 1939 roku, to jak byk prosi się, żeby jeżeli już jest zapis o możliwości zaproszenia gości, to dlaczego nie został zaproszony ani jeden dobry biegacz autochton z Gdańska, np. Radek Dudycz? Moim zdaniem udział lokalnych zawodników na dobrym poziomie, z którym można porozmawiać po biegu i spotkać na treningu w lesie, jest bardziej inspirujący dla amatora biegania niż najlepszy Kenijczyk. Moim zdaniem na imprezach w Gdańsku się tego nie czuje.

            Kolejna sprawa. Już kilka razy o tym wspominałem, więc nie będę po raz kolejny się nad tym rozwodził. Wciąż organizatorzy faworyzują zawodników zza granicy, tymczasem Ci rodzimi nie mają co liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Kenijczyk oprócz tego, że zwykle wygrywa coś na biegu, często ma dodatkowo opłacony hotel, a i nie należy do rzadkości wynagrodzenie za samo pojawienie się na starcie! Przypominam, że mówimy tu o Kenijczykach "trzeciego sortu", a nie o gwiazdach światowego formatu rodem z Kenii.

            Na koniec zauważyć należy, że treść takiego zapisu regulaminu jest kontrowersyjna także wśród innych biegaczy. Pamiętam "awanturę" na którymś z forum internetowym, kiedy dwa lata temu na tym samym biegu, ktoś zarzucił Danielowi i Łukaszowi, że zostali dopuszczeni do startu przez organizatora. Prawda była jednak taka, że skorzystali oni z zapisu regulaminu, w ramach którego organizator dopuścił możliwość dopisania się chyba 100 osobom na dzień przed startem, jednakże trzeba było się zapisać osobiście w kasach BKS Lechia. Z tego co pamiętam, to chłopaki i ich bliscy stali tam kilka godzin, ale się im udało. Niemniej jednak już wtedy mówiło się, że zapis dający furtkę organizatorowi jest nie fair w stosunku do pozostałych zawodników, np. tych którzy nie zdążyli się zapisać, a których organizator nie miał ochoty zaprosić...

            Oj, dostało się organizatorowi... Można się ze mną zgadzać lub nie, ale jako podatnik, chyba mam prawo mieć swoje zdanie na temat w jaki sposób wydawane są pieniądze z danin publicznych jakie płace na rzecz lokalnego samorządu :)   

PS. Kiedyś czytałem na maratonach polskich artykuł Łukasza Panfila "Upadek klasy średniej". Artykuł ma prawie rok, ale jakoś zapadł mi w pamięć. Wprawdzie autor szukał przyczyny gdzie indziej, ale ja bym tutaj dodał kolejną - u nas w Polsce klasę średnią biegaczy zastąpili Kenijczycy i Ukraińcy. Przy aprobacie i poklasku rodzimych organizatorów biegów. Dziękuję!

Poniżej link do artykułu:
http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=8&action=2&code=2555

UPDATE 3.09.2014 r.:
Dziś z ciekawości wchodzę na stronę biegu - okazało się, że zapisy zostały ponownie otwarte, dziś do 23:59 można się zapisywać. Znowu można odwołać się do regulaminu, który stanowi, że może on w każdym momencie ulec zmianie... Skoro więc tak swobodnie zmieniamy reguły gry w trakcie zabawy, może warto byłoby wprowadzić kolejną zmianę i dopisać fragment o kontroli antydopingowej, albo klasyfikację narodową lub UE...? Byłoby miło...

poniedziałek, 1 września 2014

Podsumowanie sierpnia

Cześć!

            Mija sierpień, czas więc zdać krótki raport z tego, co udało się w tym miesiącu wykonać. Jak już wcześniej wspomniałem, po biegu w Lęborku, już na początku sierpnia zaplanowałem solidną robotę, aby dobrze przygotować się do startów w jesieni.

            Plan był bardzo ambitny, zakładał bowiem 2 mocne akcenty w tygodniu, w tym sesję interwałów oraz jedną sesję wytrzymałości tempowej. Dodatkowo, chciałem przebiec raz tygodniu II zakres i porobić trochę siły. Biegowy tydzień miał być uzupełniany "dniami wolnymi", czyli biegami regeneracyjnymi oraz biegami w I zakresie.

            Można powiedzieć, że plan został wykonany w 85%, co jak na moje obciążenie obowiązkami zawodowymi uważam za bardzo dobry wynik. Przede wszystkim zrobiłem wszystkie najważniejsze treningi, czyli interwały i tempówki. Tutaj nie obyło się od małych przygód. Już w 1 tygodniu zaplanowałem wytrzymałość tempową na sobotę. Niestety tego dnia (3 sierpnia) był taki upał, że zdołałem przebiec tylko 3 z 10 1000m odcinków - dalej musiałem spasować. Bieg na prędkości ok. 3:05/km był dla mnie tego dnia po prostu nie osiągalny, już od początku pierwszego odcinka czułem się źle. Zrezygnowany odpuściłem. Stwierdziłem jednak, że nie poddam się tak łatwo, więc ten trening przeniosłem na niedzielę wieczór. Tamtego dnia wybrałem się na asfalt w lesie przy Nadleśnictwie Gołębiewo i był to strzał w dziesiątkę. Biegało mi się bardzo dobrze, trening 10 x 1 km wykonałem spokojnie, prędkości oscylowały w granicach 3:04/03 kończyłem jakoś w 2:56. Nie ma co ukrywać, że za zmianę planów i przesunięcie tego treningu zapłaciłem później, bo nie dałem rady już odpowiednio zregenerować się przed kolejnymi treningami, więc początek następnego tygodnia był ciężki. W szczególności chodzi o interwały, które miałem zaplanowane na środek tygodnia. Niemniej, już do soboty było wszystko ok. W czasie interwałów robiłem 10 x 2 x 400 m, na krótkiej przerwie w truchcie. Po sesji interwałów zwykle biegałem następnego dnia II zakres, aby popracować trochę na poziomie tlenowym. Prędkości na zakresie nie były imponujące (średnio między 3:36 a 3:39 na km), ale nie mogło być inaczej, gdyż dzień wcześniej odbywałem mocny trening. Czwartek i piątek zwykle biegałem spokojne biegi, na zmianę wplatając w to serię podbiegów, albo zajęcia ze sztangą w przydomowej siłowni. Jak mam być szczery to nie lubię za bardzo ćwiczyć na siłowni, ale trzeba przyznać, że efekty tej pracy są bardzo dobre - biega się o wiele "lżej", czuć to w szczególności na wzniesieniach, kiedy mogę w miarę swobodnie utrzymać dobre tempo biegu. Sobota jak już wspomniałem, to najważniejszy trening, czyli wytrzymałość tempowa. Od tamtej feralnej soboty, wszystkie następne tempa biegałem na Gołębiewie. W 2 i 3 tygodniu biegałem 4 x 2 km + 2 x 1 km. Muszę przyznać, że lekko nie było. Na 3 tydzień chciałem spróbować zrobić 12 km tempa, czyli 4 x 2km + 4 x 1km, jednak się nie udało, jeszcze było za wcześnie, może na jesień się uda. Trzeba zauważyć, że asfalt na Gołębiewie nie jest płaski jak stół, są tam wzniesienia, które przy dużej prędkości stają się odczuwalne. Omawiane odcinki biegałem w sposób "w tę i z powrotem", dlatego odcinki, na których było więcej "w dół" biegało się łatwiej (co nie znaczy że szybciej...), a odcinki gdzie było więcej górek kosztowały mnie zacznie więcej siły. Na 2 km starałem się utrzymywać średnią ok. 3:05/km, natomiast na 1 km  - od 3:02 w dół. Założenia zostały nie bez trudu zrealizowane. Na marginesie muszę powiedzieć, że na takich treningach nieoceniona jest pomoc sparing partnera lub partnerów. Kiedy prowadzenie rozkłada się na większą liczbę osób, trening staje się bardziej znośny. Niestety z powodu przygotowań Daniela do maratonu, musiałem biegać te treningi sam.


            Sierpień zakończyłem startem w Łodzi, w biegu Fabrykanta. Dystans 10 km posiadał atest PZLA, więc była okazja aby sprawdzić jaka jest forma bezpośrednio po ciężkich treningach. Relację z tego biegu przekażę już wkrótce!