piątek, 29 listopada 2013

Gdańsk Biega(ł) 2013



Cześć!

            Ostatni wpis miał dotyczyć imprezy „Gdańsk Biega”, w której brałem udział, jednakże w między czasie startowałem na biegu Niepodległości w Gdyni, tak, więc ten post został niestety odsunięty na czas późniejszy.

            „Gdańsk Biega” jest imprezą cykliczną, która obywała się na początku listopada chyba już po raz 5. Nie są to typowe zawody, a impreza bardziej towarzyska, która ma promować bieganie i zdrowy styl życia. Z tego, co zauważyłem, to liczba startujących stale się powiększa – w tym roku wystartowało ok. 4.500 osób. Szczerze mówiąc, to w tym roku nie miałem zamiaru tan się pojawić, lecz zmobilizowała mnie moja dziewczyna Dorota, która bez mojej wiedzy sama się tam zapisała. Kiedy się o tym dowiedziałem, to nie było już odwrotu i również musiałem stanąć na trasie biegu.

            Oprócz nas na imprezę zapisali się też rodzice i kilkoro ze znajomych. Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, okazało się że moja mama wzięła również naszego psa, który chcąc nie chcąc również musiał się przebiec. Ponieważ było bardzo dużo ludzi, to ja musiałem wziąć psa, aby nic mu się w czasie biegu nie stało.

            Cechą charakterystyczną tej imprezy są czerwone koszuli „Gdańsk Biega”, które co ciekawe po biegu pojawiają się również na torsach biegaczy podczas innych biegów na Pomorzu. My również odebraliśmy swoje koszulki, w których także pobiegliśmy na biegu. Ponieważ Dorota nie jest doświadczonym biegaczem, a ponadto biegliśmy z psem, zdecydowaliśmy się polecieć krótszą, 3 km trasę. Bieg zaczynał się i kończył na plaży, wobec czego na tym odcinku było grząsko. Potem trasa prowadziła po parku Regana, szutrowymi i bitumicznymi alejkami. Impreza kończyła się tradycyjnym rozdawaniem nagród, jednakże inaczej niż w poprzednich latach, zamiast losowania, jury wybierało najlepsze wyjaśnienie, dla którego starowało się w tym biegu, (które wpisywało się przy zgłoszeniu). Ja najbardziej liczyłem na wygraną Doroty, bo napisała bardzo fajne hasło, którego nie podam, ale musicie mi wierzyć na słowo ;) Niestety jury poleciało po całości i nagrodziło wiele wpisów z tak zwaną „wazeliną” dla organizatorów, ale cóż takie życie. Muszę się przyznać na marginesie, że dwa lata temu kiedy jeszcze było losowanie nagród, udało mi się wygrać…. 20 wejść do Loopy’s Word (wielki plac zabaw dla dzieci). Co ciekawe, moje zwycięskie losowanie dotyczyło karnetów do klubu fitness czy siłowni, dopiero przy odbiorze okazało się że jednak spikerzy się pomylili… Karnet się nie zmarnował, wykorzystała go siostrzenica Doroty.

            Mimo że nie wygraliśmy nic, ja najbardziej się cieszyłem, że Dorota w dobrym zdrowiu ukończyła bieg i dzielnie zmagała się z trasą. Byłem z niej dumny. Może za roku pobiegniemy 6 km? Czas pokaże.      
           
           

poniedziałek, 11 listopada 2013

Bieg Niepodległości w Gdyni

Cześć!

            Dzisiaj inaczej niż ostatnio wskazałem, postanowiłem wziąć w pierwszej kolejności na tapetę relację z Biegu Niepodległości odbywającego się dziś w Gdyni.

            Jak zwykle na starcie biegu, oprócz ok. 6.500 osób, stanęła plejada świetnych pomorskich biegaczy. Z czołówki nie było praktycznie tylko Daniela Chuchały, Roberta Sadowskiego oraz Radka Dudycza. Dwaj pierwsi nie startowali z powodu męczących ich kontuzji, chociaż dobrą wiadomością jest, że Daniel powoli wraca do biegania i mam nadzieję, że już niedługo dołączy do mnie na treningach.
 
Przezabawna fotka, która musiała się tutaj znaleźć :) (fot. Dorota Żaczek)
            Na kilka dni przed biegiem nie byłem zbyt optymistycznie nastawiony, gdyż mało ostatnio trenowałem, choć trzeba przyznać że kilka kluczowych jednostek jednak udało mi się  wykonać (w tym 2 zakresy i tempo). Dlatego też przyjąłem sobie, że nie będę planował jakoś specjalnej taktyki na ten bieg. Założenie miałem proste - zabrać się w czołową grupą i przebiec w niej jak najdłużej, a co będzie potem, to się zobaczy. Musze przyznać, że kluczową dla mnie sprawą był udany bieg na GP w Lęborku. Nie chodzi tutaj nawet o jakiś rewelacyjny wynik, ale o fakt, że od początku zacząłem bardzo mocno, a co ważniejsze nie umierałem w dalszej części dystansu aż tak bardzo jak myślałem. Dzięki temu można powiedzieć, że mentalnie stałem się gotowy na pobiegnięcie bardzo szybko pierwszej części dystansu w dniu dzisiejszym. Szczególnie w sytuacji, kiedy na starcie nie było Radka, który zwykle dyktuje bardzo mocne tempo biegu, rwąc bezlitośnie czołówkę już na pierwszych kilometrach. Dzisiaj nie startował, więc nie ukrywam, że liczyłem na trochę wolniejsze tempo.

            W dniu zawodów nie czułem się za dobrze, przede wszystkim byłem jakiś zamulony, nie mogłem się rozbudzić. Dopiero jak posiedziałem w okolicach startu, atmosfera biegu zaczęła mi się udzielać i już było ok. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, iż co by o GP Gdyni nie mówić, to zawody z tego cyklu mają swoją niepowtarzalną atmosferę, która zawsze pozwala mi się na 100% zmobilizować do rywalizacji. Prawdopodobnie robi swoje ilość startujących osób w połączeniu z fajnym kibicowaniem na trasie, a te dwa aspekty zawsze są na wysokim poziomie w skali kraju.

Sekundy przed startem (fot. Dorota Żaczek)
            Rozgrzewkę wykonywałem jak zwykle z chłopakami, czyli Karolem, Mateuszem i wracającym na biegowe trasy Łukaszem. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że w momencie kiedy wchodziliśmy do strefy startowej, wpuścili już biegaczy z 2 strefy, wiec na linię startu musiałem się trochę dopchać, jednak udało się stanąć w drugiej linii. Chwilę później nastąpił wystrzał startera i dziki tłum ruszył na trasę. Tak jak sobie pierwotnie założyłem poszedłem od razu mocno do przodu zajmując miejsce w czołowej grupie. Flagę z oznaczeniem 1 km minęliśmy po 2:51, co przyjąłem z lekką konsternacją, jednak już po wyścigu Tomek Grycko mówił mi, że jego Garmin pokazał 1 km trochę później i było to 2:59 (ale pocieszenie!). Wspomniany Tomek był dyktującym tempo prowadzącej grupie. Po 2 km zmianę dał Damian Pieterczyk. W okolicach wiaduktu przy ul. Janka Wiśniewskiego czołowa grupa podzieliła się na 2 mniejsze: w pierwszej biegł Tomek Grycko, Daniel Formela oraz Bartek Mazerski, natomiast w drugiej grupie biegł Damian Pieterczyk i ja. Trzeba zaznaczyć, że jeszcze wtedy za nami czaiła się całkiem spora liczba dobrych biegaczy, jednakże mocne, równe tempo jakie dyktowaliśmy z Damianem pozwoliło na odskoczenie od goniących na bezpieczną odległość. Na podbieg pod ul. Świętojańską wbiegaliśmy jeszcze razem, jednak wtedy Damian oderwał się ode mnie, którego potem starałem się gonić. Ta sztuka udała mi się dopiero kiedy wbiegaliśmy na bulwar. Jednakże właśnie wtedy dopadła mnie kolka, która z każdym metrem coraz mocnej dawała mi się we znaki. Z tego też powodu postanowiłem na 1,5 km przed metą dać zmianę Damianowi i spróbować długim finiszem załatwić sprawę, bo wiem doskonale, że jest on bardzo szybkim biegaczem, ze "średniacką" przeszłością (biegał chyba 3:44 na 1500 m, o ile nie szybciej, co musi budzić respekt nawet wśród zawodników z polskiej czołówki). Jednakże moje próby nie okazały się skuteczne, bo jakieś 800 m przed metą wyprzedził mnie. Wtedy już wiedziałem, że nie mam szans z nim wygrać, bo kolka w okolicach wątroby bolała mocno, więc nie było mowy o jakieś walce, musiałem ten bieg po prostu ukończyć. Na metę wpadłem, kiedy zegar pokazywał 31:32, co od dziś jest moją życiówką. Z pewnością żal duży ostatniego kilometra, ale i tak z nowego rekordu zawsze trzeba się cieszyć. Ostatecznie zakończyłem bieg na V pozycji, co też było dla mnie dużym zaskoczeniem. Co więcej, dzięki wysokiej pozycji w dniu dzisiejszym wskoczyłem rzutem na taśmę na VI w całym GP Gdyni, co także mnie ucieszyło, bo przed biegiem byłem poza pierwszą dziesiątką.
 
Okolice 6 km (fot. Dorota Żaczek)
            Dzisiejszy start stał pod znakiem wielu dobrych wyników oraz życiówek poszczególnych biegaczy. W pierwszej kolejności dużym zaskoczeniem in plus był wynik i pozycja Daniela Formeli - 31:00 i III miejsce biegu robi duże wrażenie, bym bardziej, że do niedawna biegał bodajże 32 z dużym hakiem (a jeszcze ok. 2 tygodni temu wygrałem z nim na 5 km w biegu przełajowym....). Kolejną dobrą informacją jest nowy PB Mateusza Dropa - 33:01, a także niezła postawa Łukasza Gurfinkiela, który prowadził bieg Mateuszowi, zważywszy na to, że przez ostatnie miesiące biegał niewiele. Oczywiście sam również jestem zadowolony ze swojej postawy, w tym roku poprawiłem się na 10 km o ponad 1 min., fajnie by było w następnym roku utrzymać taką tendencję. Wszystko też wskazuje na to, że już od zimny będzie wielki comeback mojej grupy treningowej, bo Daniel czuje się lepiej, Łukasz zaczyna biegać coraz szybciej, więc będzie z kim trenować, a i motywacja do codziennego treningu jest wtedy też większa. Wszystkim wspomnianym oraz nie wymienionym gratuluję, oby tak dalej!
 
Dekoracja (fot. Dorota Żaczek)

            

poniedziałek, 4 listopada 2013

Biegiem przez październik


 Cześć!
            Dawno już nie zamieszczałem jakiegokolwiek wpisu na blogu, jednakże w końcu nadszedł ten czas, aby znów się trochę uaktualnić. Mam nadzieję, że to jest początek moich bardziej aktualnych wpisów, przynajmniej będę się starał aby tak właśnie było.

            Wracając jednak, do rzeczy, to muszę przyznać, że ostatnio moje bieganie wyglądało trochę jak ten blog – czyli biegania mało i bez koniecznej regularności. Pomimo tego, postanowiłem jednak kilka razy wystartować, żeby poczuć trochę atmosferę zawodów i złapać wiatr w żagle.

            Pierwszy mój start przypadł na Bieg Europejski w Olsztynie, odbywający się 5 października. Na starcie nie stanęło zbyt wielu zawodników, a to chociażby dlatego, iż limit uczestników wynosił 200 osób. Jeszcze przed tym biegiem zaliczyłem istną gehennę związaną z elektronicznymi zapisami na zawody, jednak ostatecznie udało się zapisać. W czasie samego startu dopisała pogoda, bo było słonecznie, choć niezbyt ciepło. Na tych zawodach udało mi się dobiec na II pozycji, między innymi dzięki temu, iż jakieś 200/300 m przed metą zawodnik biegnący bezpośrednio przede mną pomylił trasę. Kiedy zobaczyłem, że biegnie w złym kierunku krzyknąłem mu nawet, że się pomylił, a potem jeszcze czekałem na niego, aby dać mu jeszcze szansę na próbę podjęcia walki na finiszu, jednakże był już tak zrezygnowany, że nie nawiązał rywalizacji i spokojnie dobiegł do mety, zresztą podobnie jak ja. Sytuacja o tyle mnie zdziwiła, ponieważ meta była jednocześnie linią startu, a więc każdy biegacz nawet biegnący w tym biegu po raz pierwszy, powinien znać dokładnie trasę finiszowych metrów. Cóż, jak widać czasem w sporcie decyduje także szczęście lub jego brak.

            Kolejny start to już pierwszy bieg z cyklu Z biegiem natury. Zawody tradycyjnie odbywały się w Gdańsku, na trudnej, 5 km trasie. Początkowo planowałem potraktować ten start jako mocny trening, a po zawodach pójść jeszcze na stadion pobiec szybkie 500 m, jednakże fakt, że na 2 dni przed zawodami się przeziębiłem i nie biegałem, skłoniło mnie do rezygnacji z tych ambitnych planów. Ostatecznie okazało się to dobrym rozwiązaniem, bo mój rywal w walce o zwycięstwo – Daniel Formela, bardzo dobry duathlonista, od początku narzucał mocne tempo biegu. Szczególnie obawiałem się, że podczas długiego i niebezpiecznego zbiegu ucieknie mi na tyle, że nie zdołam go dogonić. Na szczęście nic takiego się nie stało i niecałe 2 km przed metą, na podbiegu wyszedłem na czoło stawki, a objętego prowadzenia nie oddałem już do mety. Efektem szybkiego tempa był nowy rekord trasy, poprawiony chyba o ponad 20 sek.

            Następny bieg to kolejny cykl GP, tym razem przełajów w Lęborku. Co bardziej czujni czytelnicy wiedzą, że te starty są dla mnie obowiązkiem, bowiem jestem zawodnikiem Lęborskiego Klubu Biegacza im. Braci Petk, jednakże jak tylko mogę to z przyjemnością tam przyjeżdżam, bo trasa pozwala zawodnikom się rozpędzić, będąc dobrym przetarciem przed ważniejszymi startami na szosie. Tym razem na starcie stanęli między innymi Michał Breszka i Paweł Pietraszke, więc zawodnicy z pierwszego sortu na pomorskich trasach biegowych. Michał od początku zaczął dyktować bardzo mocne tempo, jednakże postanowiłem pójść na całość i spróbować dotrzymać mu tempa. Na pierwszym kole dawałem nawet zmiany, jednakże sił starczyło tylko do 2 koła. Mimo to ciągle utrzymywałem dobre tempo i w efekcie bieg zakończyłem na II miejscu, co było dobrym prognostykiem przed dychą w Gdyni.

            Niestety ostatni tydzień to egzamin na aplikacji oraz wyjazd na południe Polski, co spowodowało, że biegałem tylko 4 dni. Wszystko więc wskazuje, iż podczas Biegu Niepodległości będę musiał bardziej opierać się na tzw. „talencie” (cudzysłów umieściłem umyślnie), niż na zbudowanej na treningach formie. Cóż, takie życie biegacza amatora…


            Na dziś to tyle, w następnych wpisach spodziewajcie się relacji z imprezy biegowej „Gdańsk Biega 2013”, a także pojawi się trochę wpisów związanych ze sprzętem do biegania.

sobota, 21 września 2013

Forma w budowie

Cześć!
           
            Przez mijający tydzień, starałem się jakoś dojść do siebie po bardzo aktywnym biegów weekendzie. Zwykle staram się dobrze planować mój harmonogram startów, żeby wplatać odpowiednio mocne akcenty z dniami wypoczynku. Z uwagi więc na 2 dni startów pod rząd, na poniedziałek postanowiłem zaprosić mojego bardzo dobrego kolegę Michała, aby wykonał mi masaż zmęczonych nóg, a Dorocie masaż relaksacyjny po stresach związanych z moją rywalizacją na trasie.

            Dlatego też w poniedziałek kompletnie odpuściłem bieganie, no ale nieraz dzień odpoczynku jest wręcz wskazany. Jak się okazało podczas takiej odnowy, mięśnie nóg prezentują się znacznie lepiej, niż moje plecy. Góra jest bardzo napięta, być może przez to moja praca rąk nie wygląda zbyt swobodnie. Mam nadzieje jednak, że jak Michał popracuje i rozluźni mi mięśnie pleców, będę mógł dzięki temu poprawić pracę ramion oraz sylwetkę w czasie biegu.


            Następnego dnia już wyszedłem na wybieganie, pierwszy raz od bardzo dawna zrobiłem je na asfalcie, to jest na mojej standardowej trasie z domu do mola w Sopocie i z powrotem. Łącznie wyszło tego z 18 km. Co ciekawe biegać skończyłem dopiero po 22, a ze względu na mój rozkład zajęć, już o 9:30 następnego dnia poszedłem na kolejny trening - także wybieganie. W tym momencie poczułem jak to jest, kiedy biega się na niepełnym wypoczynku. Tętno średnio o 10 uderzeń wyższe niż normalne, a w dodatku biegłem w żółwim tempie. Bez dalszej kombinacji postanowiłem mocno okroić zakładany kilometraż, wobec czego po zakończeniu miałem na liczniku ok. 16 km. Inaczej niż zwykle, jeden z moich akcentów zaplanowałem na czwartek (zwykle jest to wtorek/środa), jednak chciałem mięć jeszcze 1. dzień więcej spokojnych dni po zawodach w weekend. Na czwartek postanowiłem zrobić 4 x 3km w III zakresie. Po pracy umówiłem się wiec z Maćkiem i obaj pobiegliśmy na trasę przy nadleśnictwie Gołębiewo, gdzie jest teraz mowy asfalt, a co najważniejsze względnie prosta trasa została zmierzona co 500 m. Biegaliśmy na odcinku 1,5 km, w tą i z powrotem. Po środowej zamule nie było już śladu, bo od poprzedniego treningu minęło ponad 24 godziny. Ogólnie można powiedzieć, że biegało się dobrze, trening tego typu nie jest łatwy, ale można powiedzieć, że wykonałem go na kontroli, co szczególnie mnie ucieszyło.

            Po piątkowym biegu regeneracyjnym, czyli wolnej szesnastce, na sobotę rano znowu umówiłem się z Maćkiem, tym razem na stadion gdańskiego AWF, aby pobiegać tempo. Zawsze o 9:30 zaczynają się tam zajęcia z cyklu BBL, w których uczestniczą moi rodzice i kilku znajomych, więc w czasie rozgrzewki mogłem podpatrywać jak sobie radzą. Potem, kiedy na stadionie zrobiło się już trochę luźniej, mogłem zacząć bieganie moich tysiąców, w liczbie 10. Dzisiaj znowu biegało mi się całkiem dobrze, praktycznie aż do 6. odcinka leciałem komfortowo, dopiero potem zaczęły się schody, jednak trzeba wspomnieć, że także wtedy wzmógł się dosyć mocny wiatr. Z uwagi na to, że Maciej biegał tylko 200 m odcinki, musiałem sam walczyć z wiatrem, ale podbudowany czwartkowym treningiem nie zamierzałem odpuszczać ani zwalniać. Fakultatywnie planowałem wykonać jeszcze szybkie 200m w kolcach, jednak już podczas biegania 1000m czułem spore napięcie w lewej łydce, więc wolałem nie przesadzać. Mimo wszystko byłem z tego treningu zadowolony.
           
I o to chodzi!


            Za tydzień również będę tylko trenował, więc prawdopodobnie zrobię sobie kalkę z tego tygodnia, tyle tylko że dodam jeszcze jakieś szybkie, krótkie odcinki. Starty planuję zacząć dopiero w październiku, jeśli wszystko będzie szło tak jak teraz, to myślę że na jesień pobiegam jeszcze kilka udanych startów.  

niedziela, 15 września 2013

Bieg w Rumi



Cześć!

            Wczoraj po biegu w Gdańsku postanowiłem, że na dobitkę dla nóg, następnego dnia wystartuje w biegu na 6 km w Rumi. Lubię tam startować, bo trasa jest wyznaczona na ok. 900 m pętlach, w liczbie siedmiu, tak więc od razu budzi to moje skojarzenie z biegami po stadionie.

Sytuacja po 1. okrążeniu.
            Po przybyciu na miejsce powitał mnie Andrzej Rogiewicz. Chwilę porozmawialiśmy o potencjalnych rywalach, a następnie udałem się na rekonesans trasy.

            Jak się przed startem okazało, nie było zbyt wielu dobrych zawodników, najmocniejszym konkurentem moim zdaniem miał być wspomniany wyżej Andrzej, więc mimo dużego zmęczenia lewej łydki po wczorajszym biegu, planowałem od razu narzucić wysokie tempo biegu, aby nie doszło do krótkiego finiszu z gorzej notowanymi zawodnikami. Bieg główny miał bardzo kameralną atmosferę, startowało bowiem kilkanaście osób. Przed biegiem sędzia oraz spiker wyczytał każdego ze startujących, co biorąc pod uwagę masowy charakter imprez biegowych w Polsce jest sprawą bardzo nietypową, ale zapewne bardzo przyjemną. Jak już wspomniałem trasa była poprowadzona po 7 pętlach, tak więc była możliwość kilkukrotnego pojawienia się przez zgromadzoną na trybunie stadionu w Rumi publicznością, która nagradzała nas brawami.

Powoli tracę dystans.
            Ale wracając do samego biegu. Po wystrzale startera, mimo wyraźnie ciężkich nóg po wczorajszej dyszce objąłem prowadzenie i zacząłem dyktować mocne tempo (chyba za mocne nawet dla mnie). Dzięki temu już po 1. kole na czele było tylko 3 zawodników, w tym ja. Prowadziłem 3 koła, wtedy do głosu doszedł Andrzej, który dał mi mocną zmianę. Ponieważ już w tym momencie zostało nas tylko dwóch, miałem plan aby utrzymać się z nim dostatecznie długo i ewentualnie powalczyć na finiszu. Niestety mój plan spalił na panewce, bo coraz mocniej zaczynałem odczuwać to, że wczoraj również startowałem, więc mimo że każdą pętle pokonywałem w mniej więcej takim samym czasie, to jednak Andrzej, który co koło przyspieszał, bezlitośnie się ode mnie oddalał. Już na dwa koła do mety byłem pogodzony z porażką, więc koncentrowałem się na utrzymaniu tempa biegu oraz ewentualnej obronie pozycji. Z tyłu jednak nikt nie zbliżał się do mnie specjalnie, więc bez specjalnego finiszu (który przy jakimś pechu mógłby spowodować co najwyżej kontuzję) dobiegłem do mety na 2. pozycji. Niedługo potem na mecie zameldował się Krzysztof Paprocki oraz kolejni zawodnicy.

Dekoracja.
            Biorąc pod uwagę cały weekend, można powiedzieć że nie było najgorzej, treningowo te dwa dni były bardzo mocne. Myślę że po załapaniu oddechu, a potem po przywaleniu jakiś mocnych akcentów, na jesień będę mógł jeszcze powalczyć o życiówkę na 10 km. Być może znów padnie na Gdynię? Czas pokaże.

sobota, 14 września 2013

51. Bieg Westerplatte w Gdańsku



Cześć!
            Ostatnio nie pojawiały się wpisy na moim blogu, za co zostałem skarcony po dzisiejszym biegu przez moich wiernych czytelników, także już spieszę z nadrabianiem zaległości.
           
Przez ostatnie tygodnie starałem się wrócić do formy z czerwca. Ponieważ jak to się mawia „nie od razu Kraków zbudowano”, wiec musiałem zacząć spokojnie, czyli od biegania zakresów, które niestety nie szły mi tak dobrze jak myślałem, że będzie. Moim zdaniem jest to efekt tego, o czym wspominałem już kiedyś, czyli fakt, że nie jestem jeszcze w 100%  biegaczem długodystansowym, a wciąż przeważają u mnie cechy siłowo – szybkościowe, które ćwiczyłem prawie całą moją biegową przygodę (aż do zeszłego roku). Dlatego tez bardzo szybko spada mi wytrzymałość, natomiast szybkość utrzymuje się wciąż na niezłym poziomie. Co więcej, zauważyłem że bez wykonywania wytrzymałości szybkościowej, praktycznie nie jestem w stanie zrobić biegowego progresu. Zawsze potrzebuje taki zapas szybkości, a z połączeniem z wykonaną pracą wytrzymałościową, daje mi to szanse na szarpnięcie na początku dystansu, a ponadto wykonanie naprawdę porządnego finiszu.

Ostatni kilometr. Bardzo wolno zbliżam się do mety...
            Wobec powyższych obserwacji, postanowiłem ostatnio zrobić kilka szybkich 500m a także 200m. Nie było tego za wiele, a dodatkowo gotowałem się strasznie podczas biegania tego treningu, ale po prostu trzeba było to zrobić. Kilka dni później pobiegałem jeszcze tempo stricte pod 10 km. Jak się okazało, nie mogłem tego treningu wykonać w całości, więc z zaplanowanego 10 km tempa wyszło raptem 7 km. Wszystko z powodu mitingu lekkoatletycznego i konkursu rzutu młotem, odbywającego się tego samego dnia co mój trening. Mówi się trudno. Ten trening musiał mi wystarczyć przed zawodami w Gdańsku. Jeszcze w ten wtorek zrobiłem siłę biegową, do której wprowadziłem różne konfigurację skipów oraz podbieg. Zauważyłem, że dzięki temu nie dość, że ładnie poprawia się siła mięśni odpowiedzialnych za bieg, to jeszcze znacząco poprawia się sama technika biegu, a co za tym idzie jego ekonomika. Dzień później pobiegłem 12 km w II zakresie, który teraz kończę mocnymi kilometrami. I tak środowy zakres kończyłem w 3:06 na km. Czwartek nie biegałem, z uwagi na bardzo intensywne opady deszczu, dlatego też wolałem nie ryzykować przeziębienia. Piątek tylko 4 km rozruchu i można było myśli skupić na sobotnim starcie.

            Tegoroczny bieg Westerplatte miał bardzo mocną obstawę. Przede wszystkim dużo było zawodników z zagranicy. Startowało 2 Kenijczyków, chyba z 5 „Ruskich” (tak się mówi na zawodników ze wschodu…) oraz kilku dobrych Polaków. Przed biegiem wiedziałem, że nie poszaleje, jednak zamierzałem pobiec ten bieg możliwie równo, dobrze gospodarować siłami, aby optymalnie wystartować przy mojej słabej formie. Dlatego też na starcie ustawiłem się chyba w 3 linii (mój czas brutto i netto różni się aż o 2 sekundy!), aby dać szanse szybszym biegaczom na zajęcie lepszej pozycji. Po samym starcie sytuacja stała się jasna. Na pewno nie będę biegł w 1 grupie, bo tam były kręcone czasy w granicach 3:00 na samym otwarciu. Zdecydowałem się spokojnie rozpędzać i ewentualnie równym tempem dochodzić kolejnych rywali. Na szczęście przede mną zauważyłem Piotra Pobłockiego, który słynie z równego biegania 10 km, więc podłączyłem się do niego oraz do kolejnego młodego zawodnika biegnącego obok Pana Piotra. Niestety nie widziałem 1 km, wiec po dwójce złapałem czas w granicach tego, co założyłem przed biegiem - 6:25. 3 km – 3:13, co utwierdziło mnie w przekonaniu że jestem w dobrym miejscu i czasie :) Dalej zaczęło się trochę podbiegów i biegania pod wiatr, więc starałem się dawać zmiany, żeby wciąż utrzymywało się równe tempo. Niestety pierwsza grupa, mimo że poszarpała się straszliwie, wciąż była względnie daleko, dając małe szanse na wyprzedzenie kogokolwiek z biegaczy biegnących przed nami. Przed biegiem planowałem pobiec szybciej drugą piątkę od pierwszej, więc jak tylko minęliśmy tabliczkę „5 km” wyszedłem na czoło nieznacznie przyspieszając. Potem km szły jakoś 3:11, 3:12, 3:13. Chyba najwolniejszy jak do tej pory km wypadł nam 3:20, ale to chyba był wypadek przy pracy. Jak się jednak później okazało, sił starczyło mi tylko do 9 km, ale syndromy zmęczenia miałem już po 7 (po którym, zwykle idę już bardzo mocno i nie oglądam się na rywali). Tutaj ledwo kleiłem Piotra Pobłockiego, który usilnie chciał mnie zgubić. Sztuka ta udała mu się na ostatnim kilometrze, gdyż tuż za tabliczką „9 km” momentalnie odcięło mi prąd i nastąpił tzw. „zjazd do bazy” nogi nie tyle,  że mnie bolały, co po prostu nie mogłem utrzymać dobrego do niedawna tempa, jakby skończyło się paliwo… Zacząłem zwalniać i zwalniać, Piotr Pobłocki niemiłosiernie oddalał się ode mnie, wyrabiając na mecie ok. 10 sek. przewagi. Mój wynik 32:37 nie jest tragiczny, przed biegiem bym wziął go w ciemno, ale niesmak pozostał po tym tragicznym ostatnim kilometrze. Brak treningu wyszedł w najmniej oczekiwanym momencie, ale niestety mogę mieć o to pretensje tylko do siebie.

            Szczególne podziękowania należą się Danielowi, które przez dłuższą cześć dystansu jechali na rowerze niedaleko mnie, podpowiadając i dopingując, co niewątpliwie pozwoliło mi w kilku momentach utrzymać dobre tempo i „nie zgubić pleców” rywali. Po biegu miło porozmawialiśmy w naszej „Szałachowskiej” grupie, gdzie był wymieniony już Daniel i Lucyna, Mateusz, Tomek, Gosia, Karolek z Asią i dzieciakami, Borat, a także zwyciężczyni dzisiejszych zawodów nad armią Kenijek – Dominika z mężem Karolem (śmialiśmy się że nie mogła z nikim przegrać, bo nie dojechała ani Defar ani Dibaba – a propo startu Dominiki na MŚ w Moskwie, gdzie musiała się z nimi mierzyć), no oczywiście nie można tutaj nie wymienić dwóch osób – Doroty i mnie rzecz jasna :).

Trzeci w klasyfikacji wiekowej.
            Niewątpliwie imprezę należy uznać za udaną, także organizacyjnie. Ja w szczególności zapamiętam ten niespodziewany wystrzał armatami, zastępujący strzał startera – ludzie na starcie prawie rozpierali się w popłochu na ten huk, więc wrażenie było wprost wystrzałowe!

czwartek, 29 sierpnia 2013

Praca w toku...

Cześć!
            Ostatnie dni to w końcu okres rzetelnych, codziennych treningów. Nic więc dziwnego że forma wolno bo wolno, ale pnie się do góry. Oczywiście o optymalnej dyspozycji nie ma co mówić, ale tutaj kluczowy jest czas - im dłużej uda mi się pozostać w dobrym reżimie treningowym, tym lepsze żniwa będę zbierał podczas zawodów.

            W ostatnim czasie postanowiłem także powrócić do siły biegowej, którą wykonuje zawsze dzień przed ważniejszymi akcentami. Aby jednak uniknąć monotonii, podbiegi przelatam sobie skipami w różnych konfiguracjach. Robię marsz dynamiczny, skip a, c, d (defilada), aby mięśnie były dobrze przygotowane do biegania szybkich tempowych odcinków, a w konsekwencji dobrych startów na zawodach. Moja ulubiona długość górki to ok. 150 m. W sam raz aby skipowanie nie trwało w nieskończoność, a z drugiej strony na tyle długo, aby zmęczyć się na podbiegu.

            Dzisiaj za to biegałem z Maćkiem II zakres. Nie poszło jakoś rewelacyjnie, ale tragedii też nie ma. Tradycyjnie pobiegaliśmy po "kilometrach Dudycza". Na trasie mijaliśmy sporą liczbę rowerzystów oraz biegaczy, którzy zaczynają coraz liczniej pojawiać się na leśnym asfalcie w okolicach Nadleśnictwa Gołębiewo, który świetnie nadaje się również treningów tempowych, bo jest strasznie szybki. Najłatwiej chyba dostać się tam od strony Sopotu, z tym że należy liczyć się z koniecznością podbiegnięcia ok. 3 km. Chętnych zapraszam do testów!


            Na zakończenie wspomnę tylko że 14 września 2013 r. szykuje się kolejna biegowa impreza biegowa w Gdańsku - Bieg Westerplatte. Nowa zmieniona trasa będzie mam nadzieje szybsza. Liczę że do tego czasu dojdę do siebie i będę w stanie znowu pobiec poniżej 32 min...

niedziela, 25 sierpnia 2013

Nie ma drogi na skróty...



Cześć!
            Od poniedziałku zacząłem powoli biegać, mimo że jeszcze ból w lewym Achillesie trochę doskwierał. Doszedłem jednak do wniosku, że jak będę czekał, aż ból minie, to będę musiał wrócić do treningów pewnie w okolicach Bożego Narodzenia, tak więc spokojnie, bez jakiś wielkich obciążeń zacząłem biegać. We wtorek obudziłem się z bólem, ale nie jednego tylko dwóch Achillesów! Wbrew pozorom stwierdziłem, że to może i nie jest takie złe, bo na moje oko wyglądało to na typowe bolesności związane z przywróceniem treningowych obciążeń. Chyba się nie pomyliłem, bo z każdym dniem ból stawał się coraz słabszy, a już wczoraj wcale go nie czułem.
Rodzinne strony. (fot. Dorota Żaczek)
            Dzięki temu doszedłem do jednego (słusznego) wniosku. Należy cały czas utrzymywać organizm w ruchu, bo jak się raz przerwie, to jest sytuacja jak w reakcji łańcuchowej - wszystko zaczyna się sypać.
Dolny Śląsk (fot. Dorota Żaczek)
            W tym tygodniu zrobiłem trochę siły, a wczoraj biegałem bieg progresywny. Mój plan treningowy musiał uwzględniać braki w treningach, więc zapewne jakieś szybkie tempo będę biegał dopiero za ok. 2 tygodnie. W tym sezonie bardzo chcę zbliżyć się do granicy 31:00 na 10 km, tym bardziej że na jesieni jest w okolicy kilka mocnych biegów, gdzie można podjąć taką próbę. Co więcej, powoli oswajam się z myślą, że późną jesienią wystartuję także na jakimś biegu na dystansie pół maratonu. Wszystko jednak zależy od dyspozycji. Jak to się mówi, nie ma drogi na skróty, tak więc trzeba poważnie wziąć się za robotę.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Wakacyjne (nie)bieganie

Cześć!
            Dzisiaj mija już tydzień od kiedy wróciłem do domu po urlopie. Niestety w praktyce wyszło, że niewiele tam pobiegałem, ale miałem w zamiarze to sobie odbić już po powrocie. Plany były jak zwykle ambitne - zakresy, tempa, siła biegowa...

            Tymczasem z treningiem dojechałem tylko do czwartku. Ze względu na zajęcia, które mam od teraz, aż do jesieni w każdą środę po południu, musiałem zweryfikować swój rozkład treningów, bo jak wychodzi w środy będę musiał biegać zawsze sam. Dlatego na wtorek umówiłem się z Maćkiem na II zakres. Tymczasem po wykonanym biegu, jak już nogi trochę się schłodziły, poczułem ból w lewym achillesie. Wprawdzie niedawno też czułem tam bolesność, ale ostatnio kończyło się na dwóch dniach przerwy i mogłem dalej trenować. Niestety tym razem ból był większy. Jeszcze w środę postanowiłem mimo wszystko wykonać trening wytrzymałości specjalnej, ale już odpuściłem krótkie szybkie odcinki, które też chciałem biegać. W czwartek wyszedłem raptem na 100 m i musiałem się wrócić do domu z powodu bólu. Od tej chwili zmuszony zostałem do przeproszenia się z lekami na bazie diclofenacu, a także zupełnego odpuszczenia biegania.


            Trochę jestem wkurzony, bo ostatnie dwa miesiące biegam mocno w kratkę, co przekłada się na stagnację formy. Jednakże lata biegania nauczyły mnie, że nie można się napinać, a już tym bardziej ryzykować treningi z kontuzją. Zazwyczaj prowadzi to tylko i wyłącznie do pogłębienia urazu i w konsekwencji do dłuższej pauzy w uprawianiu sportu.



            Już jutro jednak zacznę powoli biegać - na początek godzinę lekkiego biegania i zobaczymy co będzie. Od dwóch dni nie czuję już zupełnie bólu, więc jestem dobrej myśli. Także jeżeli chodzi o jesienne starty, które coraz bliżej.

sobota, 3 sierpnia 2013

Bieg Świętego Dominika w Gdańsku



Cześć!
            To już drugi post dzisiejszego dnia, ale już  jutro jadę na zasłużony urlop (od pracy, nie od biegania), więc zdecydowałem się zamieścić krótką relację z dzisiejszego biegu Św. Dominika, który był jednocześnie Mistrzostwami Polski na 10 km.

            Bieg rozgrywany jest rok rocznie na pętli o długości ok. 935 m, po ulicy Długiej i Ogarnej. Ta impreza jest specyficzna, ponieważ zwykle zgromadzonych jest przy trasie wielu kibiców, którzy znaleźli się na gdańskiej starówce w momencie rozgrywania biegu. Atmosfera poprzez doping oraz bliskość kibiców jest niepowtarzalna w skali kraju.

            Dzisiejszego dnia na starcie stanęła cała polska elita biegów długich. Nie ma w tym zdaniu przesady, bo właściwie zabrakło tylko Henryka Szosta. Cała reszta najlepszych biegaczy w naszym kraju była w komplecie. Dodatkowo skład biegu uzupełniło 6 zawodników z zagranicy - 2 Kenijczyków, 3 Ukraińców i Meksykanin.
           
            Do biegu przystępowałem liżąc rany po najgorszym moim biegu od długiego czasu, czyli zeszłotygodniowym starcie w Lęborku. Przeczuwałem jednak, że może być lepiej niż tydzień temu. Po pierwsze, gorzej już być chyba nie mogło.  Po drugie, już przyzwyczaiłem się trochę do biegania w wysokiej temperaturze, a po trzecie chcąc nie chcąc podbiłem się zeszłotygodniowym startem.

Początek biegu, jeszcze w dużej grupie.
            Ale do rzeczy. Po przedstawieniu wszystkich uczestników biegu - co trwało trochę długo - ze startu honorowego wypuszczono nas do odległego o 300 m startu ostrego. Dzisiaj nie pchałem się do pierwszej linii, bo wiedziałem że zbyt szybko pobiegnięty początek może się źle skończyć. Ustawiłem się więc zaraz za Radkiem Dudyczem, w 3 linii. Do pokonania mieliśmy ok. 650 dobieg, a potem jeszcze 10 pętli. Pierwszy odcinek trasy pokonałem w 1:53 czyli w tempie poniżej 3:00/km, a i tak byłem pod koniec stawki. Obrałem jednak taktykę spokojnego równego biegu i stopniowego przesuwania się do przodu. Od początku jednak stało się jasne, że aby pobiec optymalnie, muszę pracować sam, bo znaczna część biegaczy o zbliżonym do mnie poziomie wyrwała do przodu, a druga część wiozła się na moich plecach. Już na 2 kole pozostałem jednak sam, więc postanowiłem nie oglądać się za siebie, tylko mocno pracować, aby utrzymać zadowalające mnie tempo i doganiać słabnących biegaczy. Biegu nie ułatwiała wysoka temperatura, więc co kółko musiałem brać wodę, aby polać się obwicie po głowie. Moim zdaniem tylko przez te zabiegi mogłem stracić nawet ok. 20 sek. na całym biegu (po 2 sek. na kole), jednakże dziś nie dało się po prostu tego uniknąć. Dodatkowo Tomek, który kibicował mi na ul. Ogarnej, dwa razy chlusnął na mnie wodą, co orzeźwiło mnie bez konieczności zwalania ani łapania wody i samodzielnego polewania się. Większość biegaczy narzekała także na ostre, 90 stopniowe zakręty, jednakże ja nie miałem z nimi problemów - w młodości wielokrotnie biegałem na zawodach na hali, przy znacznie większych prędkościach, więc płynne złożenie się na zakrętach przy prędkości ok. 19 km/h nie stanowi dla mnie dużego problemu.

Stawka z każdą chwilą coraz bardziej się rozciągała.
            Ostatecznie cały dystans pokonałem w czasie 32:20. W tym roku to mój 2 najgorszy wynik, jednakże jest to czas w granicach normy, tragedii nie ma. Powiem nawet, że po zeszłotygodniowym 33:32, to poprawa o 1:12 w ciągu zaledwie tygodnia stanowi niezłe odbicie od dna. Najbardziej wkurzyłem się jednak, że zająłem 26. miejsce, czyli tuż za ostatnim płatnym 25... Cóż, taki jest sport. W klasyfikacji Mistrzostw Polski byłem 20.

Cały mokry od ilości wylanej na siebie wody.
            Dzisiejszy bieg utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że przy odpowiednim wykorzystaniu ciepłych, sierpniowych dni nad szlifowaniem siły i szybkości, będę mógł na jesieni w stanie rozpędzić się i pobiec 10 km znacznie poniżej 32 min.

Na najszybszym, ostatnim kole. Wciąż jednak pracuje nad tym, aby przyspieszać już po 6/7 kilometrze...
            Tym miłym akcentem kończę nadawanie na blogu co najmniej na tydzień. Miłego!



SW, czyli Season Worst w Lęborku



Cześć!
            W poprzednią sobotę spora reprezentacja mojego Teamu, udała się na start do Lęborka, na bieg Jakubowy.

Wspólne zdjęcie po biegu
            Jeszcze przed wyjazdem ustaliliśmy, że pojedziemy moim autem, a drugie auto zabrał Mateusz. Było nas sporo, więc po prostu musieliśmy pojechać na dwa samochody. Niestety jeszcze przed dojechaniem na miejsce mieliśmy spore problemy z moim samochodem, który mimo tego, że dzień wcześniej odebrałem go z warsztatu, uparcie odmawiał współpracy. Do Lęborka przybyliśmy jakoś na ok. godzinę przed biegiem, więc jak dla mnie to można powiedzieć na ostatnią chwilę. Zresztą jak mam być szczery, to już przed startem czułem, że nie będzie to udany bieg…

            Tego dnia był straszny żar, co przy biegu na 10 km znacznie wpływa na osiągane wyniki. Trasa prowadziła po ulicach Lęborka, na ok. 2,5 km pętli. Na szczęście organizatorzy przewidzieli kilka punktów z wodą, a także jedną tzw. „kurtynę”, czyli miejsce, gdzie polewano zawodników strumieniem wody z węża strażackiego.

            Na starcie stanęło kilku dobrych biegaczy. Co ciekawe nie pojawili się Kenijczycy, ale w tym samym czasie odbywało się kilka konkurencyjnych biegów, więc pewnie po prostu pojechali gdzie indziej.

6 km. Tutaj już było źle.
            Tuż po wystrzale startera uformowała się pięcioosobowa czołówka. Moja grupa, którą co jakiś czas prowadziłem, biegła w pewnej odległości za czołówką. Niestety w moim wykonaniu ten bieg to była równia pochyła. Nie wiem dokładnie jak szybko biegłem na poszczególnych odcinkach, ale ewidentnie cały czas zwalniałem. Około 5 km minął mnie Kuba. Nie byłem jednak w stanie go przytrzymać, co było znakiem, że jest kiepsko. Niedługo później podjąłem decyzję o zejściu z trasy. Na szczęście biegnący za mną Sebastian zmotywował mnie do dalszego biegu, więc postanowiłem chociaż skończyć ten bieg. Udało się, pomimo że już do końca biegłem strasznie wolno. Wynik – 33:32, czyli season worst. Przynajmniej można powiedzieć że ten bieg był w czymś naj… 
Dekoracja. Ostatecznie skończyło się na X miejscu.

piątek, 26 lipca 2013

Przed startem

Cześć!
  Już jutro kolejny start na 10 km, tym razem ulicami Lęborka. Dlatego w tym tygodniu starałem się oszczędzać i na treningach zrobiłem tylko 1 akcent, czyli II zakres w środę. Przebiegłem go wspólnie z Maćkiem. Przy czym bardzo staraliśmy się, aby nie biegać za szybko, bo na biegu w sobotę przyda się dużo siły.

  Muszę przyznać, że w chwili obecnej kompletnie nie wiem jakiego wyniku mogę się jutro spodziewać. Równie dobrze może być 31:30, jak i 32:30. No i zobaczymy jaka będzie pogoda, bo przy biegu na 10 km to też ma znaczenie. Z całą pewnością jednak szykuje się mocne ściganie.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Weekendowe bieganie



Cześć!
            Właśnie wczoraj zakończył się tydzień wytężonej pracy na trening, aby na nadchodzących zawodach nie było kompletnego blamażu. Jak już poprzednio pisałem, we wtorek biegałem II zakres, we środę szybkie krótkie odcinki, a na sobotę zaplanowałem długie tempo pod 10 km. Plan dnia - 2 x 3 km, a na dokładkę 2 x 2 km. Na trening umówiłem się z Maćkiem. Jak się potem okazało, właśnie Maciek w newralgicznych momentach ratował mnie na tym treningu, za co serdeczne "Bóg zapłać". Umówiliśmy się wstępnie, że będziemy robili zmiany co 1 km, z tym że po trójkach miał on jeszcze wejść ze mną na 1 km w trakcie mojej dwójki. Jak zwykle na Pomorzu całkiem intensywnie wiało, co zdecydowanie nie ułatwia szybkiego biegania, stąd sparing partner nieraz okazuje się niezbędny, aby zrobić pracę według założeń. Muszę przyznać, że gdybym miał trening robić sam, to pewnie po trójkach byłbym już kompletną dętką, ale Maciek nie dość że pomógł utrzymywać prędkość na trójkach, to jeszcze poprowadził mi każdy pierwszy kilometr na dwójkach. Dobrze jest móc liczyć na pomoc kolegów!
           
            Niedziela to już tradycyjnie spokojnie, długie wybieganie. Wczoraj stawili się: Maciek, Mateusz, Tomek, Radek i ja. Było fajnie, humory dopisywały, więc nawet się człowiek nie obejrzał, a tutaj już 24 km zleciało.

            Ten tydzień bardzo spokojnie - II zakres w środę, a w sobotę start. A będzie to nie byle jaki bieg, bo Bieg Jakubowy w Lęborku jest kluczową imprezą dla reprezentantów Lęborskiego Klubu Biegacza im. Braci Petk, którego jestem dumnym członkiem. Trasa podobno jest całkiem dobra do robienia życiówek (jeszcze tam nie biegałem). Mamy biegać po czterech 2,5 km płaskich pętlach, trasa jest oczywiście atestowana. Szkoda, że nie jestem w optymalnej formie, ale jak na razie mam niezbyt mocny rekord życiowy, więc zamierzam walczyć o jego poprawę. Warte odnotowania jest to, że moja ekipa wysyła bardzo liczną (i mocną) reprezentację. Do zobaczenia w Lęborku!

piątek, 19 lipca 2013

Zajęcia z towaroznawstwa cz.1 - obuwie treningowe



Cześć!
            Dzisiaj w ramach zajęć z towaroznawstwa postanowiłem przedstawić podstawowy sprzęt, bez którego żaden biegacz obejść się nie może, czyli buty.

            Wydatki na buty stanowią lwią część wydatków biegacza. Pozostałe rzeczy, dzięki obecności (wreszcie!) na polskim rynki wielu niedrogich sklepów sportowych można nabyć w naprawdę przystępnych cenach. Oczywiście im lepsza jakość sprzętu, tym i cena jest wyższa.

            Ale wracając do butów. Generalnie przyjmuje się, że w jednej parze winno się biegać nie więcej, niż 2000 km. W moim przypadku, wiązałoby to się ze zmianą obuwia co kilka miesięcy, niestety nie mam na to odpowiednich środków. Mimo wszystko staram się wymieniać buty raz na rok. Warto w tym miejscu zauważyć, że posiadam 2 pary butów treningowych. Dzięki takiemu rozwiązaniu można oszczędzać buty, rotując odpowiednio parami. Przez lata treningów wypracowałem swój system doboru obuwia treningowego. Ponieważ stać mnie na posiadanie maksymalnie dwóch dobrych par butów treningowych, zawsze staram się wybierać 1 parę bardziej amortyzowaną, potrzebną do biegania dużej ilości kilometrów, natomiast druga para bardziej agresywna, szybsza, do biegania zakresów, siły biegowej, czy zabawy biegowej. 
Wysłużone Cumulusy
            Oczywiście starych butów też nie wyrzucam – czasem przydają się na gorszą pogodę, ale używam ich już zdecydowanie jako buty rezerwowe. Zazwyczaj są one już bardzo sklepane, nie odczuwa się już amortyzacji, która kiedyś gdzieś tam była. W moim przypadku często porozrywana jest też cholewka buta, co powoduje że palce „uciekają” mi z buta.

Szczególnie zniszczony został prawy but
            Dzisiaj chciałem przedstawić model buta, w którym zrobiłem koło 3.000 km, głównie w czasie spokojnych wybiegań. Asics Cumulus są modelem który świetnie się do tego nadaje. Odkąd podarował mi je Daniel, chętnie wybierałem właśnie ten model na rozbiegania. Pierwsze co odczuwałem po ubraniu tego modelu na nogi, jest ich duża miękkość w śródstopiu. Dzięki temu bieganie nawet wielu kilometrów po asfalcie jest znośne, nogi są dobrze chronione przez znaczną ilość żelu (czy raczej „gelu”), który wpakowano w podeszwę.

Podeszwa nosi ślady przebiegniętych kilometrów
Co ciekawe, mimo że używałem je bardzo często, dużo kilometrów biegałem w nich właśnie po asfalcie (przez długą zimę), do tej pory jak je zakładam odczuwam tą samą miękkość co na początku.

Niestety, buty mają już tak po przecieraną cholewkę, że małe palce u nóg zaczęły mi już lądować poza butami, co przy dłuższym bieganiu powodowało duży dyskomfort. Niemniej jednak buty zdecydowanie spełniły swoją rolę, towarzysząc mi w wielu godzinach biegania. W tym momencie wysłałem je już na zasłużoną emeryturę, czasem tylko ubierając je na rozruch lub podczas deszczowej pogody.

Aktualnie rolę „Klepaczy kilometrów” w mojej stajni zajął Nike Lunarglide 3. But jak na razie spisuję się równie dobrze, choć różni się trochę od Cumulusów. Przede wszystkim jest bardziej elastyczny, bo nie ma charakterystycznego dla Asicsa mostka, na wysokości sklepienia stopy. Jest natomiast moim zdaniem mniej miękki, co jednak akurat przy mojej wadze nie odgrywa jakiejś znaczącej roli. Biega się w nich bardzo komfortowo, żadnych otarć, ani innych złych przygód.

            W następnym odcinku zaprezentuję moją odzież biegową.

środa, 17 lipca 2013

Forma w górę, forma w dół, jak rollercoaster



Cześć!
            Ostatnie dni upływają pod znakiem próby załapania formy z pierwszej połowy czerwca. Zanim jednak to nastąpi muszę zapłacić wysoką cenę za opuszczone treningi. Dlatego też, w zależności od dnia, raz czuję się dobrze, a raz biega mi się bardzo słabo. Zdecydowanie do tych słabszych dni zaliczam poniedziałek i wtorek.

            W poniedziałek zrobiłem tylko 14 km lekkiego wybiegania, podczas których męczyłem się straszliwie. Wtorek to znowu powtórka z rozrywki. Na trening umówiłem się z Mistrzem Zakresów (czytaj Maćkiem), dokładnie na 17:05. Jak to jednak zwykle bywa kiedy się człowiek spieszy, na swojej drodze napotyka niespodziewane przeszkody. Tego dnia korki były nawet w miejscach, w których się nie spodziewałem, nie licząc już np. ul. Spacerowej, gdzie prawie zawsze prędkość średnia nie przekracza 20 km/h. Na miejsce przyjechałem więc wkurzony, dodatkowo 15 min po czasie. Maciej poleciał już na rozgrzewkę, więc i ja nie miałem już czasu na standardową czwóreczkę przed zakresem, tylko ciąłem dystans jak mogłem. Po drodze udało mi się go dogonić, więc przynajmniej nie musiałem biegać sam. Niemniej takie sytuację zawsze mnie jakoś wewnętrznie rozbijają.

            Nie ma jednak się co łamać, tylko trzeba zrobić trening, pomyślałem. W planie było w miarę spokojne 12 km. Pierwszy kilometr utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że to "spokojnie" to max co na mnie było stać. Dlatego też przyjemność (?) prowadzenia oddałem Maćkowi, który jednak czuł się bardzo dobrze, więc się nie skarżył. Ja za to sapałem strasznie, co ciekawe tętno było w miarę niskie, ale samopoczucie mimo to było słabe. Całe szczęście, że start dopiero za tydzień...

            Dzisiaj za to chciałem "podbić się" szybszymi odcinkami. W planie miałem 2 serie po 8, 400 m odcinków. Jak się w trakcie okazało, zakładane prędkości (ustalane przeze mnie jeszcze jak noga się kręciła) były za wysokie. Jeszcze pierwszą, ładującą  serię zrobiłem, ale już wtedy wiedziałem, że druga szybsza z pewnością by mnie zabiła. Dlatego lekko zmodyfikowałem trening, ostatecznie biegając w zamian 4 x 300 m i 4 x 200 m. Dzięki temu mogłem pobiegać na wyższych prędkościach, a nie zajechałem się za mocno.

            Na deser w tym tygodniu zostało długie tempo, czyli 2 x 3 km + 2 x 2 km. Po tym treningu zamierzam wyluzować z akcentami, bo jak zauważyłem, dokładanie czegoś "ekstra" w tydzień startu na 10 km, nigdy w moim przypadku nie przynosi dobrych efektów.

niedziela, 14 lipca 2013

Tydzień w treningu

Cześć!
   Przez ostatnie kilka miesięcy cieszyłem się dobrym zdrowiem, a tutaj jak na złość kilka dni temu przypałętała się lekka kontuzja Achillesa. Musiałem więc szybko zweryfikować moje plany startowe, a także treningowe . Zmuszony byłem odpuścić między innymi bieg na Memoriale Janusza Sidły w Sopocie, albo bieg w Tucholi, a także zdecydowałem, że nie wystartuje na MP na 5000 m.

  Wobec powyższego postanowiłem poświecić 2 tygodnie na solidne potrenowanie, aby być dobrze przygotowanym do startów na 10 km odpowiednio w Lęborku (27.07) oraz Gdańsku (3.08).

  W środę udałem się z Maćkiem na 14 km zakresu, które biegaliśmy po "kilometrach Dudycza". Specjalnie na tę okazję ubrałem nowiutkie buty, które kupiłem kilka dni wcześniej (o sprzęcie będę pisał w następnym wpisie). O dziwo biegło mi się całkiem dobrze. Może nie było takiego gazu jak kilka tygodni temu, ale był to zdecydowanie dobry prognostyk przed treningiem tempowym w sobotę.

  Jak już wspomniałem, wczoraj miałem w planach tempo. Ostatnio kompletnie poległem na 2 km odcinkach, więc zdecydowałem się powtórzyć ten trening, czyli 5 x 2 km + fakultatywnie kilka 200m ( 200 m planowałem biegać jak będę się w miarę dobrze czuł). 

  W piątek, ku mojemu zaskoczeniu zadzwonił do mnie Kuba, który chciał się podpiąć pod trening. Ucieszyłem się, bo zawsze miło biega się w towarzystwie. Oprócz Kuby, moim partnerem w treningach jest Maciek, więc w sobotę rano we trójkę, po rozgrzewce w lesie poszliśmy na stadion. Na szczęście biegało mi się całkiem dobrze, mimo całkiem mocnego wiatru. Często zmienialiśmy się na prowadzeniu, dzięki czemu biegaliśmy szybciej niż początkowo było to w planie. Jednak sam trening dał mi się we znaki, więc postanowiłem odpuścić już 200 m odcinki, tym bardziej że mój lewy Achilles ciągle pobolewa. Nie da się jednak ukryć, że zrobiliśmy wczoraj kawał treningu, z czego można się tylko cieszyć. Moim zdaniem ostatnimi czasy brakowało mi takiego typowego tempa pod 10 km, więc te szybkie dwójki były jak znalazł. 

  Najbliższy tydzień nie zwalniam tempa i będę sporo biegał akcentów, które po złapaniu świeżości powinny ładnie oddać w najbliższych startach. Czy tak jednak się stanie, to pokaże czas.

sobota, 6 lipca 2013

Od bohatera do zera



Cześć!

            Moja ostatnia nieobecność na blogu zgrała się w czasie z regresem mojej biegowej formy.

            Początkowo, czyli po zawodach w Gdyni z 21 czerwca, czułem się świetnie. Już zaczynało mi się biegać bardzo dobrze, praktycznie przebiegane kilometry nie robiły na mnie żadnego wrażenia. W środę 26 czerwca umówiłem się na trening z Maćkiem (Mistrzem Zakresów) i Mateuszem, na bieg ciągły. Na luzie przebiegłem 15 km, po "kilometrach Dudycza", bo tak nazywamy tę trasę. Plusem tej biegowej ścieżki jest to, że biegnie się przed siebie, nie ma pętli, wobec czego kilometry lecą szybciej. Tętno miałem bardzo niskie jak dla mnie, co napawało mnie optymizmem. Jednakże najważniejszy akcent miałem zrobić w sobotę, czyli 10 km tempa - 5x2 km. Wiedziałem już wcześniej, że będę musiał go zrobić sam, bo Daniel cierpi ostatnio na kontuzję ścięgna Achillesa. Sam trening nie ułatwiał mocny wiatr, wiejący prawie przez 200 m na każdym kole. Pierwsze 3 odcinki pokonałem w starszych męczarniach, dlatego przed 4 odcinkiem postanowiłem zwiększyć przerwę o dodatkową minutę. Nie dało to jednak porządnego efektu - 1 koło miałem już 2 sek. za wolno, a na kolejnym jeszcze zwolniłem. Sfrustrowany przerwałem trening i zawinąłem się do domu. 

            Od tamtej soboty miałem 3 dni przerwy w bieganiu. Kiedy w środę po raz pierwszy wychodziłem na bieganie, nie sądziłem, że ta przerwa tak mnie rozmontuje fizycznie. Od tego czasu zaczęły się u mnie dolegliwości bólowe. Najpierw dokuczała mi prawa czwórka, a teraz - od piątku rana - Achilles. Ten ból pojawił się tak niespodziewanie, że w zasadzie nie jestem w stanie ustalić jego genezy. Z bólem w okolicach ścięgna Achillesa nie ma żartów, więc obecnie jestem zmuszony do kompletnej zmiany moich planów treningowych, które polegają teraz na wolnym bieganiu kilometrów i czekaniu na moment, aż ból odpuści. Znacząco zmniejszyłem też liczbę przebieganych kilometrów. 

            Jednak przerwa którą miałem nasunęła mi ciekawą refleksję. W tym momencie każda kilkudniowa przerwa w bieganiu powoduje u mnie bardzo szybko postępujący spadek wytrzymałości ogólnej. Widać ewidentnie, że mój staż w biegach długich jest tak krótki, że nie mogę sobie pozwolić na takie niewymuszone przerwy. Co ciekawe, dla bardziej doświadczonych biegaczy takie kilkudniowe przerwy mogą działać pozytywnie na ich formę, bo wtedy mają odpowiedni czas na wypoczynek. U mnie niestety wygląda to tak, że cofnąłem się o prawie miesiąc do tyłu. Do tego wszystkiego pojawił się ból Achillesa, co nie pozwala mi na wykonanie żadnego biegowego akcentu.

            Całe szczęście że od chwili kiedy wróciłem do biegania po kilkuletniej przerwie mam duży dystans do biegania, czyli ewentualnie niepowodzenia przyjmuję już na zimno - nie zawsze przecież wszystko zależy od nas...

sobota, 22 czerwca 2013

Nocne ściganie, czyli Bieg Świętojański w Gdyni

Cześć!
  Wczoraj miałem okazję wziąć udział w wielkim święcie biegowym, czyli w Nocnym Biegu Świętojańskim. Trzeba przyznać że nazwa w pełni odzwierciedla porę zawodów, bo start wyznaczono na godzinę 23:59. Zważywszy na pogodę jaką mamy teraz w Trójmieście, godzina wyznaczona przez organizatorów pozwała na bieganie w optymalnych warunkach pogodowych - temperatura wynosiła ponad 20 stopni (w dzień było ponad 30!), a druga kwestia to taka, że często w nocy jest łagodniejszy wiatr, co również umożliwia szybsze bieganie. Niemniej jednak, pomimo tych wszystkich okoliczności, trzeba powiedzieć że było dosyć duszno. Dodatkowym minusem, czego nie przewidywałem przed biegiem, to fakt że mimo że świeciły latarnie, miejscami było dosyć ciemno, w związku z tym obawiałem się przed biegiem, aby nie wpaść w jakąś dziurę w jezdni, których na polskich drogach nie brakuje. Na szczęście moje obawy nie ziściły się.

  Jak zwykle w Gdyni udział wzięła duża reprezentacja mojej grupy, w osobach Daniela, Maćka, Karolka, Borata, Mateusza, no i mnie. 

   Z uwagi na wysokie nagrody pieniężne, na starcie stanęła liczna ekipa bardzo mocnych biegaczy, w osobach Radosława Kłeczka, Marcina Chabowskiego, Radka Dudycza, Tomka Grycko, Łukasza Kujawskiego czy Piotra Drwala, a skład polskiej elity uzupełniało kilku reprezentantów Kenii i Ukrainiec. Biorąc pod uwagę skład biegu, wiedziałem że muszę zacząć wyjątkowo ostrożnie, aby nie "zapalić" 1 kilometra, bo spodziewałem się że czołówka z pewnością otworzy bieg dobrze poniżej 3:00 na km, więc trzymanie się czuba w takim wypadku nie miałoby sensu, a mogłoby skończyć się tragicznie. Powszechnie wiadomo (albo i nie), że najwięcej błędów popełnia się podczas pierwszych 5 min biegu, czyli de facto na pierwszych 2 km. 

  Jak się niedługo potem okazało, moje przewidywania były słuszne, bo po wystrzale z armaty oznaczającej start, duża grupa biegaczy ruszyła mocno do przodu. Ja ruszyłem spokojnie i obserwowałem kto biegnie przede mną. Jak się okazało, na początku biegły przede mną nawet kobiety! Pomyślałem sobie wtedy, że pewnie biegnę za wolno, więc ruszyłem trochę mocniej. Co ciekawe, okazało się że pierwszy km pobiegłem w 3:02! Także z pewnością nie było to za wolno. Przez następne kilometry starałem się utrzymywać wysokie tempo i gonić zawodników którzy mi odbiegli, a mimo to przez pierwsze 4 km byłem praktycznie kompletnie sam. Na wspomnianym 4 km minąłem dwójkę zawodników, wśród których był Rafał Rynkiewicz. W tym momencie przede mną biegli Daniel i Karolek, którzy sporo odbiegli mi na początku. Do 5 km ich doszedłem, ale nie miałem chwili wytchnienia, bo okazało się że 5 kilometr poleciałem w 3:29, czyli o wiele za mocno. Zresztą jak dogoniłem chłopaków, dostałem jasny sygnał od Karolka, że dzisiaj to ja muszę pracować na wynik. Nie podczepiałem się za nimi, tylko szybko ich minąłem pozwalając, aby to oni wskoczyli mi na plecy. Do naszej trójki dołączył jeszcze zawodnik Zantyra Sztum, Karol Kaliś, którego mijałem na 4 km. Przez kilkaset metrów to ja prowadziłem, aż do punktu z wodą. Co ciekawe wszyscy zdecydowali się sięgnąć po wodę, bo było naprawdę duszno. Ja wylałem sobie trochę wody na kark i plecy i wziąłem łyka, którego zaraz wyplułem, aby tylko zamoczyć usta, a nie obciążać żołądka płynem. 
  Tutaj mała uwaga - jak decydujecie się pić wodę w czasie zawodów, to nie zadawajcie sobie trudu na odrzucanie gdzieś daleko butelki, a tylko na tyle żeby ewentualnie nie rzucić jej pod nogi biegnącemu za wami zawodnikowi. Taki zamach kosztuje wszak siły, które mogą okazać się niezbędne do dalszego biegu.

  Ale wracając do biegu. Po punkcie z wodopojem Daniel dał zmianę, ale jeszcze przed podbiegiem ja wyszedłem na czoło naszej grupy. Jednak szybko dałem znać żeby ktoś mnie zmienił, bo zacząłem odczuwać trudy samotnego biegu. Wtedy zmianę dał Karol Kaliś, który poprowadził nas na podbiegu przez kilkaset metrów. Jednakże znak oznaczający 7 km był dla mnie sygnałem, że trzeba znowu wziąć się do roboty, jeśli chcę myśleć o życiówce w tym biegu. Wysforowałem się na prowadzenie i zacząłem dyktować mocne tempo - 8 km miałem w 3:08. Na 9 km zostałem już sam z Karolkiem, który siadł mi na plecach. Niemniej nie miałem zamiaru się poddawać, o czym świadczył fakt, że 9 km pokonaliśmy w 2:56. Wtedy już wiedziałem że Karolek chce objechać mnie na ostatnich metrach, co spowodowało że zacząłem bacznie obserwować jego pozycję za moimi plecami. Mimo że prowadziłem, zadecydowałem się, że to ja rozpocznę finisz. Karolek jednak nie chciał się poddać, więc po pierwszej próbie ataku musiałem poprawić, co wreszcie dało spodziewany efekt. 

  Ostatecznie bieg ukończyłem z czasem 31:49, co dało mi 12 pozycję. Niewątpliwie w tak mocnej obstawie osiągnięte przeze mnie miejsce można przyjąć z zadowoleniem. Przy okazji zająłem też II miejsce w kategorii, więc dzięki temu startowi zarobiłem też troszkę grosza. 
Dekoracja\
   Najważniejsze jednak, że w końcu udało się połamać granicę 32 min, co przyjąłem z zadowoleniem. Bardzo też cieszyło mnie że nie umierałem na biegu tak jak zwykle, co oznacza, że zaczynam już powoli obiegać się na dystansie 10 km. 

  Teraz przez kilka tygodni odpuszczam starty aby przyszykować formę na najważniejsze imprezy w sezonie, czyli MP na 5000 m i MP na 10 km, które odbędą się odpowiednio 21 lipca i 3 sierpnia.